niedziela, 22 styczeń 2017 13:13

Mamo, jak wygląda 2+2?

Cyfry, pisane jako symbol, wypowiadane jako słowo. My, dorośli wiemy, co oznaczają, potrafimy abstrakcyjnie dodać, czy podzielić, przecież to oczywiste. A siedmiolatek, ośmiolatek? Niestety, nie zawsze. Często potrzeba czasu i odrobiny wysiłku, by wyobraźnia zadziałała, cyfry przełożyły się na faktyczne ilości i dziecko pojęło, o co chodzi.

Rok szkolny swoje już trwa, drugie półrocze rozpoczęte, a nasze dziecko wciąż nie rozpoznaje, że osiem to więcej, niż sześć, a dwa plus trzy to nie cztery, tylko pięć. Ćwiczymy, liczymy, wściekamy się, a dzieciak płacze. Z bezsilności, bo jak ma, do piernika, zrozumieć coś, czego nie może sobie wyobrazić? Pokażmy naszej latorośli, jak te działania wyglądają w realu. U nas najlepiej zadziałał samodzielnie wykonany zestaw, tasiemki same plotłyśmy, a koraliki przez lata automatycznie się uzbierały.
Sami zobaczcie, jak obrazowo można je stosować.

Nasz samodzielnie wymyślony i samodzielnie przygotowany zestaw. Sznureczki do tworzenia zbiorów Trojaczki same zaplotły. Później bardzo chętnie bawiły się w liczenie.


Teraz pozostaje nam zobrazować, jak wyglądają liczby. Przecież od razu widać, ze dwa plus dwa to cztery. I to w każdym przypadku. A ile to cztery plus cztery? Teraz łatwo policzyć i sobie wyobrazić. A jeszcze plus cztery? Łatwizna!


Nasz zestaw daje wiele możliwości. Liczymy sznureczki, koraliki, porównujemy ilości i tworzymy przez to wyobraźnię cyfr.


Odkąd ten samodzielnie wykonany zestaw zagościł w naszym domu, skończyły się kłopoty z liczeniem. Dla porównania, pokazania innej metody i rozszerzenia horyzontów ćwiczyłyśmy też z liczydłem. Tu możliwości są nieco ograniczone, co wcale nie jest wadą, wręcz przeciwnie. 

Zobaczcie. Dwie równe części i dwie równe części.


A tu cztery równe części i wariacje ilościowe tworzone według uznania. Te też nam pomogły.


A efekty? Te dało się szybko zauważyć. Ile to 3 + 4?
No pewnie, że 7!

Pozdrawiam serdecznie,

Dział: Szkolne sprawy
sobota, 09 styczeń 2016 10:53

Triops - udany prezent dla dziecka

Boże Narodzenie za nami, pod choinką, jeśli jeszcze u nas gości, pusto. Najważniejsze, by w naszych sercach nie było pustki, by gościła w nich radość, również ta z gwiazdkowych prezentów. A oto przykład, czym możemy sprawić naszemu dziecku ogromną frajdę i to przez cały rok.

Obserwuj rozwój Twojego pradawnego triopsa - takie zachęcające hasło możemy znaleźć na opakowaniu. Warto wiedzieć, że triops (po polsku zwany przekopnicą) to małe zwierzątko z rodziny skorupiaków zamieszkuje naszą planetę już od 220 milionów lat. Spotkać go można w kałużach, małych zbiornikach wodnych, a teraz również w naszych domach. 

 

Jego hodowla nie jest skomplikowana. Do życia potrzebuje wody destylowanej, dobrze oświetlonego, ciepłego miejsca i pokarmu dla rybek. Triops żyje średnio 1,5 - 2 miesiące. Rośnie szybciutko, już po kilku dniach aktywnie pływa w swoim małym akwarium, a po około dwóch tygodniach od wyklucia osiąga właściwe rozmiary 4 - 5 cm. Obserwowanie go sprawia sporo radości nie tylko dzieciom, również dorośli chętnie mu się przyglądają.

 


W Polsce Triopsa zakupić można m.in. na Allegro. W wyszukiwarkę wpisujemy Triops Clementoni. Koszty pakietu podstawowego wynoszą około 40 PLN, natomiast pakietu rozbudowanego 90 - 100PLN (są to ceny z wysyłką). W obu znajdziemy wszystko, co potrzebne jest do hodowli. TUTAJ możemy zapoznać się z ofertą na dzień dzisiejszy. 

Na zakończenie powiem Wam tylko, że warto :-)


Pozdrawiam,

Dział: Czas na zabawę
wtorek, 01 grudzień 2015 11:02

Kreatywny prezent dla dziecka

Z prezentami dla maluchów nie ma większego problemu, rynek oferuje tyle zabawek, że zawsze coś znajdziemy. Jednak im nasza latorośl starsza, tym gorzej. Dziś jedna z propozycji, na którą ucieszy się każde nieco starsze dziecko. W dodatku ucieszy się na dłużej :-)

Ile razy szlag nas trafia, gdy pstrykając kolejne zdjęcie setny raz słyszymy:

- Mamo, a kiedy dasz mi aparat? Ja też chcę fotografować.

I ten strach, że nasz, było nie było wcale nie taki tani sprzęt ulegnie zniszczeniu. 
Teraz możemy zakończyć tą mękę i pod choinkę położyć naszemu dziecku

 

aparat fotograficzny.

Nie musi być to super wyszukany sprzęt. Taki z Aldika, za 300 - 400 zł zupełnie wystarczy. Nasze Trojaczki miały siedem lat, gdy zaczęły własne przygody z obiektywem i oczywiście z własnym sprzętem. Od tamtego czasu fotografują regularnie po dziś dzień i ... robią postępy. Ich zdjęcia coraz częściej zamieszczam w necie, co oczywiście bardzo je motywuje. Fotografię jako pasję dla dziecka polecam każdemu rodzicowi. Warto dodać, że to pasja rozwojowa. Mamy już aparat? Super, to teraz dokupimy ramki i albumy do zdjęć lub torbę do fotograficznego sprzętu.
A oto dzieła naszych córeczek wykonane właśnie aparatem z Aldika. Sami zobaczycie, że możliwości mu nie brakuje, ba, ma ich dużo więcej, ale to już rozgryzą Wasze dzieci.


Życzymy Wam owocnych zakupów, radości przy choince i wiele fotograficznych sukcesów.

 

Pozdrawiam,

Dział: Czas na zabawę
piątek, 15 sierpień 2014 19:14

Łowimi rybki

Czasami trudno o zabawy dla dzieci, które spodobają się całemu naszemu potomstwu. Zawsze ktoś tam marudzi. W takim przypadku moje Trojaczki i ja możemy Wam coś polecić. Łowienie rybek. Zajęcie na długie godziny, także dla rodziców.

Moje Trojaczki i ich koleżanka namówiły mnie kilka dni temu na tą ich ulubioną zabawę. Łowienie rybek w wiejskim stawie. To niemała atrakcja, choć przyznam, że latem za nią nie przepadam, bo woda kwitnie i trochę śmierdzi, więc umówiłyśmy się, że dzieci nie będą do niej wchodzić.


W sumie wiele do tej zabawy nie potrzeba, podbierak, wiaderko, przynęta i cierpliwość. 


Mama przygotowywała grunt, a dzieci próbowały szczęścia.


Taaak, dzieci próbowały szczęścia nad całym stawem.


Głównym trofeum były wodne ślimaki, ale i rybek trochę wpadło. 


Po jakimś kwadransie wszystkie wodne stworki zostały wypuszczone do stawu, a my ...

... nie, nie wcale nie poszłyśmy do domu. Dzieci poprosiły o drugą rundę. Bardzo chętnie, ja tam się cieszę, że wciąż jeszcze chcą się ze mną bawić :-)

Pozdrawiam,

Dział: Czas na zabawę
czwartek, 17 lipiec 2014 07:38

Drewniane dzieła Trojaczków

Zabawy dla dzieci, bezpieczne i rozwijające kreatywność są na wagę złota. My jedną taką znamy. To opisana już wcześniej doroczna zabawa drewnem. Dziś zaprezentuję Wam kilka dzieł, które wtedy powstały. Kilka z wielu dziesiątek :-)

Nasze Trojaczki wraz ze swoimi przyjaciółmi stworzyły, UWAGA!!! 79 takich dzieł :-) Ale numer. Malowały, przyklejały dekoracje, smarowały klejem i posypywały piaskiem, wieszały, stawiały, obracały. SUPER!!! Tutaj fotografie wybranych eksponatów, tym razem w formie pięknej prezentacji. Właśnie się nauczyłam. Hura!!! :-)


Cała nasza grupa, tak dzieci, jak rodzice, serdecznie polecamy Wam tą zabawę.

Pozdrowienia serdeczne,

Dział: Czas na zabawę
poniedziałek, 30 czerwiec 2014 12:43

Doroczna zabawa drewnem

Gdy raz w roku przychodzi dostawa drewna, u naszych dzieci budzi się kreatywność w zakresie budownictwa i malowania. Nasze Trojaczki wraz z przyjaciółmi z sąsiedztwa znikają na długie godziny zajęte tworzeniem. Po prostu rewelacja.

Przed trzema laty nasze Trojaczki zbudowały z części dostarczonego drewna piramidę Cheopsa i w ładniejszych kawałkach rzeźbiły potem hieroglify. Dwa lata temu dzieci, w grupie poszerzonej o kilkoro przyjaciół bardzo zbudowały mury obronne miasta, które kreatywnie przyozdobiły zielonymi gałęziami. Przed rokiem zrealizowany został plan budowy twierdzy w Malborku, a teraz Trojaczki wraz z przyjaciółmi poświęciły się malowaniu na drewnie. A było to tak:

Przyszła sobie dostawa drewna.

 

Dzieci z pełnym kreatywności zapałem i pod naszym nadzorem technicznym postawiły piękny apartament. Następnie wybrały co ciekawsze kawałki drewna,

 

którym bardzo dokładnie się przyjrzały.

 

Nie było na co czekać, do dzieła.

 

Nawet deszcz nam nie przeszkodził. Z apartamentu dzieci przeniosły się do szybciutko zmontowanego namiotu.

 

Już teraz widzę, jakie cudeńka wymalowują. Nasze Trojaczki, poza akwarelami lubią malować farbami akrylowymi, które schną trochę dłużej. Na efekty musimy poczekać jeszcze ze dwa dni. A bo tutaj trzeba coś jeszcze domalować, a tam przykleić, a pomiędzy tym wszystkim ... odrobić lekcje. Poczekam, bardzo chętnie i z zapałem pomogę. Kochani Rodzice, nawet, jeśli wiele dzieci prosi o jakieś tam dziecięce tablety (nasze oczywiście też), wierzcie mi, takie instrumenty w ogóle nie są potrzebne. Dużo lepiej pozwolić potomstwu rozwinąć skrzydła własnej wyobraźni, niż ograniczać je pomysłami programistów. Takie przynajmniej nasze zdanie. A laptopami dla dzieci Trojaczki bawią się, gdy idą do kogoś z wizytą, o ;-)

Pozdrawiam Was serdecznie i nasze Trojaczki też,

Dział: Czas na zabawę
poniedziałek, 09 czerwiec 2014 20:43

Jabłka opiekane w cieście

Jabłka opiekane w cieście to murowany przepis na obiadowy sukces, przede wszystkim dla dzieci. Jest to szybkie danie, łatwe w przygotowaniu i podawane u nas w kilku odsłonach. Dziś przedstawiamy jedną z nich.

Zanim zacznę, zdradzę Wam, że jabłka opiekane w cieście często smażyła dla mnie moja babcia. Ich smak i zapach przypomina mi moje dzieciństwo. Zawsze, gdy przygotowuję to danie, życzę sobie skrycie, by za x lat podobnie powiedziały moje Trojaczki i przejęły ode mnie ten przepis. A teraz do dzieła.

Jabłka opiekane w cieście

Składniki na cztery osoby - nie wymagają specjalnych zakupów:
kilka jabłek
Składniki na ciasto naleśnikowe:
2-3 jajka
trochę cukru
mleko
mąka
proszek do pieczenia
olej do smażenia
cukier puder
mus jabłkowy
cynamon, jeśli lubicie

Przygotowanie - nie można się pomylić:
Przygotowujemy ciasto naleśnikowe, musi być trochę gęstsze, niż na cienkie naleśniki. Jajka miksujemy z cukrem na puszystą pianę, dodajemy mleko, mąkę i proszek do pieczenia. Po dokładnym zmiksowaniu konsystencja ciasta powinna przypominać gęstą śmietanę. Jabłka myjemy, obieramy, usuwamy gniazda nasienne (nam tym razem przytrafiły się jabłka, z lekkimi zbrązowieniami. Zjeść niechętnie, ale usmażyć owszem :-) kroimy w półksiężyce i delikatnie mieszamy z ciastem.


Tak przygotowane kawałki jabłek smażymy na rozgrzanym oleju. Małą nabierką nabieramy jeden półksiężyc, trochę ciasta i wylewamy na patelnię. Gdy jedna strona się upiecze, przekładamy na drugą. Często jabłka są wyższe, niż ciasto, które trochę nam się rozpłynęło, ale to nic nie szkodzi, z drugiej strony danie będzie trochę jaśniejsze, ale i tak upieczone.


A potem to już tylko ułożyć jabłka na talerzu i zaprosić dzieci do stołu. Jak już pisałam, kulinarny sukces murowany.

Widok masowy dla całej rodzinyWidok masowy dla całej rodziny
Wersja indywidualnaWersja indywidualna

 

My jabłka opiekane w cieście bardzo chętnie jemy z cukrem pudrem i musem jabłkowym, są jednak i inne odsłony, które przedstawimy, gdy tylko pojawią się w naszym planie obiadowym.

Drodzy Państwo, życzę Wam smacznego i serdecznie pozdrawiam,

Dział: Obiadkowo
piątek, 09 maj 2014 07:13

Prezent urodzinowy uszyty na miarę

Urodziny dzieci są wydarzeniem tak szczególnym, że my, rodzice zadajemy sobie wiele trudu, by sprawić naszym małym jubilatom wiele radości. Ale czy zawsze muszą to być super prezenty albo wspaniałe przyjęcie urodzinowe? Zobaczmy.

Z doświadczenia wiem, że pomysłowe przyjęcie urodzinowe na długo pozostaje w pamięci naszych dzieci. Często jednak dla wielu rodziców wiąże się z wysiłkiem, tak w przygotowaniu, jak finansowym. Typowe prezenty urodzinowe, misie, lalki, samochody prędzej, czy później lądują w kącie, a Ty, sprzątająca MultiLady, musisz je zbierać, odkurzać i odkładać na swoje miejsce. Pomysłów na dużo praktyczniejsze prezenty dla maluchów jest wiele i już wkrótce pojawią się u nas.


Za to teraz chcę Wam napisać o jednym, bardzo miłym, niepowtarzalnym, przygotowanym tylko dla naszego dziecka, w moim przypadku dla naszych dzieci. Moje Trojaczki obchodzą przecież urodziny tego samego dnia :-) A było to tak.

Krótko przed urodzinami w naszym domu zamieszkały małe kotki, najpierw dwa, za chwilę doszedł i trzeci. Nie dziwota, że wiele urodzinowych prezentów przygotowanych zostało na kocią nutę. Jednak strzałem w dziesiątkę był pomysł dziadka. Usiadł i napisał urodzinowy koci wierszyk dla dzieci, tak radosny, zabawny i tak pasujący, że do dziś, gdy sytuacja akurat pasuje, powtarzamy jego strofy. A nawet najwspanialsze, urodzinowe przyjęcie poszłoby już w zapomnienie. 

Kochani, gdy nadchodzą urodziny, popatrzcie, czym właśnie zafascynowane są Wasze pociechy. Wczujcie się w dziecięcy świat, odstawcie na bok wszystkie hamulce i po prostu napiszcie. Wierszyk, opowiadanie, historyjkę, tylko dla Waszego dziecka. Według mnie są to najwspanialsze prezenty, osobiste, skrojone na miarę, niezapomniane, na zawsze pozostające w pamięci. Przede wszystkim pamięci dzieci, a zaraz potem w naszej.

A tutaj nasz urodzinowy wierszyk dla dzieci.

URODZINOWE KOTKI SPORTOWE

Na urodziny do Trojaczkowa
Przyjedzie kotów grupa sportowa
Te wszystkie zwinne i młode kotki
Będą startować w biegu przez płotki
A kto przebiegnie go w pół godziny
Dostanie dużą porcję słoniny

Mniam, mniam, mniam

Konkurencyjne drugie zawody
Mają się odbyć w skokach do wody
Kotek, co skoczy z wieży na główkę
Wygra ogromną, pieczoną mrówkę
A po zjedzeniu takiego dania
Ogłaszam nowy konkurs skakania

Hopla, hopla, hopla

Siedząc wysoko, na dachu z papy
Trzeba zeskoczyć na cztery łapy
Za to się też nasze kotki zabrały
I na trzy cztery w dół poleciały
Nie miały strachu, wcale, a wcale
Więc otrzymały złote medale

Brawo, brawo, brawo!!!

Czy ktoś to widzi, czy ktoś to słyszy?
Wszystkie medale wręczały ... myszy :-)
Myszki z kotkami dobrze się znały
Więc wszystkie mocno wycałowały
Brawa się niosły hen-hen, daleko
A potem wszyscy poszli pić mleko

Na zdrówko, na zdrówko, na zdrówko 

Zofia, Natalia oraz Krystyna
Głośno o kota się dopomina
Więc każda z wnuczek, na zawołanie
Kotka - sportowca szybko dostanie
Jest karton z dziurką i mocny sznurek
A kotko wyśle Wam dziadek Jurek.

Jerzy-K, Poznań, 2013


Dziś przede wszystkim pozdrawia Was autor wierszyka.

Miłego dnia dla wszystkich :-)

Jerzy-K

Dział: Rodzinny świat
piątek, 09 maj 2014 07:08

Owocowe muffinki Szczęściary

Muffinki zna każde dziecko, każda mama i niejeden tata. Chętnie po nie sięgamy, bo muffinki wszyscy lubią, a ich wykonanie jest dziecinnie proste. U nas dziś owocowe muffinki Szczęściary, soczyste, pachnące, mmm, po prostu multi pycha. Takie ciasto może gościć na naszych stołach każdego dnia.

Owocowe muffinki Szczęściary

Przepis na 12 sztuk

Składniki:

pół kostki margaryny
2 jajka
pół szklanki cukru
cukier waniliowy
5 łyżek mleka
półtorej szklanki mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
owoce: jabłka, gruszki, truskawki, maliny, brzoskwinie (mogą być z puszki). Ilość: cztery duże jabłka spokojnie wystarczą, inne owoce dopasowujemy proporcjonalnie.

Przygotowanie, raczej się tu nie narobimy:
Margarynę rozpuszczamy i odstawiamy do ostygnięcia. Garnuszek można wstawić do zimnej wody, wtedy będzie szybciej.  Owoce, w zależności od wyboru, bez skórki, gniazd nasiennych itd. kroimy w kostkę ok 1 cm. Jajka ucieramy z cukrem i cukrem waniliowym na jednolitą masę, dodajemy rozpuszczoną margarynę, następnie pięć łyżek mleka i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Do gotowego ciasta dodajemy pokrojone owoce. Wymieszaną masę nakładamy do wyłożonych rozetkami foremek tak, by były prawie pełne. Pieczemy w rozgrzanym do 180 stopni piekarniku przez 20 minut do pół godziny.

A efekt? Każda MutliLady się ucieszy :-)

  
Popatrzmy też z góry ...


 ... i jeszcze zbliżenie

 

Szanowni Państwo, życzę wszystkim smacznego i zapraszam do degustacji.

Pozdrawiam owocowo,

Dział: Ciasta i torty
poniedziałek, 31 marzec 2014 02:10

Krzyki i szepty

Cholera jasna, jak mnie dziś wszystko wkurza! Mam ochotę wszystkich pozabijać, wybuchnąć. Albo usiąść i płakać. Dlaczego? No bo tak. Zresztą, diabli wiedzą. Niezadowolenie, napady złości, dni pełne smutku. Masz tak czasami? Ja owszem. Pytanie brzmi, co wtedy?

Tym dość realistycznym wstępem rozpoczynamy cykl „Krzyki i szepty” poświęcony naszym kobiecym złościom i smutkom. Nie znam kobiety w pełni opanowanej, takiej, której nic nie wyprowadzi z równowagi. Albo przez dwa dni nie chodzi smutna, choć, obiektywnie rzecz biorąc, nie ma po temu żadnego powodu. Wy też jej nie znacie, bo … takiej nie ma.

 
Za to nerwowe, zestresowane, wybuchowe spotykamy każdego dnia. Przyznam, że sama do nich należę. Czasami. Po kilku szczerych rozmowach ze znajomymi wiem, że gdy emocje już opadną, każda z nas żałuje tego, co się stało, mając przed oczyma swój portret kobiety pogodnej, spokojnej i opanowanej. Albo, gdy smutki odejdą w zapomnienie, zastanawiamy się, po co straciłyśmy tyle czasu?
Czy można coś z tym zrobić? Można, choć sprawa często wymaga czasu, naszego drobnego zaangażowania i dobrej woli. O doświadczeniach, swoich oraz kobiet, które szczerze opowiedziały mi o swoich przeżyciach opowiemy sobie w odcinkach. Dziś pierwsza historia cyklu „Krzyki i szepty”. Co można zrobić? 

- Przeczekać. – doradził sąsiad, gdy Marta, wściekła do granic wypaliła bez pardonu, że nie może opanować wybuchów złości.
     Przeczekać? Może to i metoda, ale nie dla mnie, pomyślała. Wszyscy wokół muszą znosić moje humory i co? Mają przeczekiwać ze mną? Ba, co najważniejsze, ja wcale nie chcę taka być. Dlaczego więc, pytam, wciąż nachodzą mnie te przeklęte napady złości? Nie, czekać nie będę. To dobre dla leniuchów albo ludzi bez charakteru. Marta zamknęła za sobą drzwi sypialni i usiadła na łóżku, bezradna i … wściekła.
- Boże, pomóż mi ... - jęczała sama do siebie - Przecież z natury jestem pogodna, spokojna, uśmiechnięta. Na co się tak wkurzam? I dlaczego? Przecież zawsze słynęłam z łatwości rozwiązywania wszelkich problemów i radzenia sobie w sytuacjach stresowych. A teraz? W dodatku, zamiast prasować siedzę tu jak kura na grzędzie i tracę czas.
     Drzwi sypialni uchyliły się i stanęła w nich Dori, młodsza córka Marty.
- Mamuś, Portos znów zahaftował dywan w pokoju dziennym. A Ela, choć to jej pies, powiedziała, że ona tego sprzątać nie będzie.
- Jak to nie będzie?
     Marta pełna przemyśleń na temat swych nerwowych reakcji spokojnie wstała i podeszła do córki.
- Tak to. Nie chce i już.
- Do piernika, ty już sprzątałaś, ja sprzątałam, choć wcale nie musiałyśmy.
     Marta chwyciła dziecko za rękę i obie poszły do pokoju dziennego. Nie zamierzała wszczynać wojny, robić scen, wrzeszczeć, nie, nic z tych rzeczy. Chciała w spokoju porozmawiać z córką i wyjaśnić sprawę.
- Ela, co jest z Portosem? – spytała spokojnie.
- Nie wiem, znów się porzygał.
- Co to w ogóle za pełna ignorancji odpowiedź? Przecież to twój pies, więc wykaż proszę trochę zainteresowania, gdy coś mu dolega. I posprzątaj dywan.
- Znowu ja. Zawsze tylko ja. – jęczała Ela.
- Ooo, chwileczkę. – Marta uniosła w górę wyprostowany, długi palec – Kto chciał psa?
     Nadal była spokojna, ale wolała nie obiecywać, że tak właśnie pozostanie.
- No tak, jeszcze ten twój palec. – Ela dobrowolnie kładła głowę pod nóż.
- Ej, kochana! – warknęła matka – Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele! To twój pies, ty ściągnęłaś go do domu obiecując, że nie obciąży nikogo z nas!!!
     Choć wcale nie chciała, Marta czuła, jak sama się nakręca. A może to coś ją nakręcało? Coś w środku, jakiś potwór, duch, sam diabeł?
- Dość mam twojego nastawienia! Zapewniam cię, że to się zmieni i to od zaraz! Proszę natychmiast posprzątać pokój, a następnie przygotować samochód, byśmy pojechały z Portosem do weterynarza! Natychmiast!!! Rozumiesz? Natychmiast!!! Koszty pokryjesz oczywiście ty!!! Z kieszonkowego!!! To twój pies!!!
     Marta coś tam jeszcze wykrzykiwała i nawet nie zauważyła, że Dori płacze. Oprzytomniała dopiero, gdy Portos zaczął skomleć. Ela sprzątała, Dori płakała, a pies skomlał i to wcale nie z bólu, tylko z hałasu. Dopiero teraz dotarło do niej, jakiego piwa naważyła, dziś już drugi raz.
- Dori, dlaczego płaczesz? – spytała z troską w głosie – Przecież ty nic nie zrobiłaś.
     Sześcioletnia dziewczynka stała bez słowa, patrzyła na matkę i płakał, płakała, płakała.
- Dori, czy znów za głośno krzyczałam? – spytała.
- Tak, za głośno. Boję się, gdy tak krzyczysz. Portos też się boi, dlatego piszczy.
     Teraz popłakała się i Ela. Usiadła koło swojego chorego psa i płakała, płakała, płakała. Niewiele brakowało, a i Marcie popłynęłyby łzy. Opanowała się jednak, przeklinając w duchu samą siebie. Zobacz, co narobiłaś, głupia babo, wyzywała w duchu, gdyby nie twoje napady złości dawno siedziałybyśmy w samochodzie i jechały do weterynarza, a tak musisz najpierw opanować sytuację, uspokoić dzieci i kto wie, czy nie … posprzątać. W dodatku Portos za chwilę  znów się zrzyga. Na sto procent.
     A pewnie, zwymiotował, jeszcze dwukrotnie, w domu i w samochodzie. Ela wszystko posprzątała, ale bardziej ze strachu, niż z poczucia obowiązku, Dori siedziała bez słowa, a Marta? Teraz po prostu była smutna.
- Najprawdopodobniej to grypa żołądka. – oświadczył weterynarz, gdy zbadał psa – Dam paniom lekarstwa. U mnie kosztują tyle samo, co w aptece, więc ominie was zbędna wyprawa.
- Wspaniale. Bardzo panu dziękuję. Na dziś zdecydowanie wystarczy mi już stresu.
- O, to trzeba więcej spać. Zmęczenie i stres to bracia bliźniacy, co gorsza, nierozłączni. Godzinę wcześniej do łóżka i jeden punkt mniej w terminarzu, a za miesiąc się pani nie pozna. Polecam.
     Marta spojrzała na niego spode łba. Co on w ogóle może wiedzieć, pomyślała. Niech pomieszka z nami jakiś czas, to sam zobaczy, ile mam roboty i jak mało czasu.
     Jednak wieczorem, gdy nawet główne wydanie wiadomości nie było w stanie jej zainteresować, a jedynym, o czym myślała było łóżko, Marta wróciła myślami do rady weterynarza. Pewnie tak sobie tylko powiedział, a mimo to miał rację. Właściwie, dlaczego sama nie zainteresowała się tą sprawą, nie poszukała, co zrobić, by sobie pomóc, a nie tylko zmuszać się do spokoju. Tak, poszuka, na pewno. Ale nie teraz. Teraz po prostu pójdzie spać.

Cdn.

UWAGA

Nasza historia nie jest prawdziwa, a wszelkie podobieństwa są przypadkowe.

Kochane, Kochani

Nie jestem lekarzem, psychologiem ani księdzem, więc nie będę tu wypisywać mundrości na temat ważności snu dla istoty ludzkiej i niebezpieczeństw związanych z ciągłym zmęczeniem. Każdy o tym wie i … często zapomina, bo wszystko inne jest ważniejsze. Wiecie co, na pewno wiele, ale czy ważniejsze od naszych kontaktów z najbliższymi, od miłości i zaufania naszych dzieci oraz od stanu naszych nerwów? Dla mnie nie. I wcale nie chodzi tu o leżenie brzuchem do góry i wykręcanie się stresem. Tylko o zdjęcie z siebie odpowiedzialności za wszystko wokół. Jeśli dziś nie wyprasuję, to nie, zrobię to jutro. Dziś przepracowałam osiem godzin, posprzątałam, mieszkanie i ugotowałam porządny obiad. Czy miałam czas dla dzieci? Czy znajdę go dla męża? Prasowanie, czy rodzina?

Wiecie, kto zwrócił mi na to uwagę? Mój Boss.

Jakiś czas temu rozmawiałam przez telefon ze znajomą. Była godzina dwudziesta druga. Moja rozmówczymi oświadczyła, że tamtego wieczora musi jeszcze upiec tort, posprzątać mieszkanie i pofarbować włosy, bo jutro ma gości. Kiedyś, choć prawie w nocy pewnie też bym piekła, ale na pewno nie tort, tylko cudowny multi placek. Dziś piekę go nieco wcześniej, a jak mi się rozjedzie plan dnia (względnie kilku dni) kupuję jakiś gotowy wypiek. A jeśli już nie ciasto, to i dobre lody mogą być.

Pozdrawiam względnie bezstresowo ;-)

Strona 1 z 2