Moja pierwsza książka - fragment

Napisała  piątek, 03 czerwiec 2016 10:28

Sprawy zaszły już tak daleko, siedzę nad poprawkami mojej pierwszej książki. Długa to była droga, drugie tyle jeszcze przede mną. Teraz pora na krótki przystanek, pierwszy fragment w necie. Kto przeczyta i powie, jak wrażenia? Będę wdzięczna. Choć przyznam, że tremę mam.

Kochani, bez wielkich wstępów od razu przechodzę do tekstu. Proszę Was tylko o Waszą opinię w komentarzu pod tekstem :-)

***


ROZDZIAŁ IV. W kręgu zmian 
     

            Cisza. I kompletna pustka. Siedziałam przed Maxem patrząc na coś, co nie istniało.
- Jak to szef przenosi cię do Monachium? – bąknęłam wreszcie.
- Tak to. – odparł Max – Nasze spotkanie potrwało pięć minut. Napomknął coś o zmianach celów i oświadczył, że od maja pracuję w Monachium. To ostateczna decyzja.
- Jakim cudem tak nagle, bez żadnego ostrzeżenia? – pytałam.
- Marion, sam nie wiem.
             Znów cisza. Wzbierała we mnie plątania uczuć. Już sama informacja o trojaczkach wprowadziła w nasze życie spore zamieszanie. Poukładaliśmy je najlepiej, jak umieliśmy i pragnęliśmy tylko świętego spokoju. A tu taki galimatias! Miałam ochotę wysłać zażalenie do Pana Boga. Tak się nie robi! Przecież tak wiele nas już spotkało. Nie przemawiały do mnie fundamentalne, życiowe prawdy, że opatrzność nie zsyła na nas nic, z czym byśmy sobie nie poradzili. Teraz mi się przelało. Dzieci jakby to zrozumiały i zajęły się sobą. Choć regularnie nie pozwalały o sobie zapomnieć, wtedy były nadzwyczaj spokojne. Jakby czuły, że spotkało nas coś skomplikowanego i trzeba to uszanować. Wieczorem zasnęły jak na komendę, więc w spokoju mogliśmy zasiąść do życiowej debaty, na którą wcale nie mieliśmy ochoty. Max bardzo mnie zaskoczył. Przygotował kolację i to nie taką, jak zawsze, byle fast food, byle było, tylko azjatycką kompozycję, a do tego czerwone wino.
- Na przekór wszystkiemu nie będziemy dziś jeść pulpetów ze słoika. Już nie karmisz, więc wina też się napijemy. Ile tylko będziesz chciała.
- Mhm, to jutro ty zostajesz z dziećmi, a ja leczę kaca. – zmusiłam się do uśmiechu.
            Potem również do jedzenia. I do myślenia, jak uniknąć przeprowadzki.
- Marion, myślę, że możemy sobie podarować krasomówcze wstępy. - rozpoczął – Krótko mówiąc jestem totalnie zaskoczony. I wściekły, bo wiesz, że nie przepadam ani za Bawarią, ani za Monachium, a na myśl o pracy w centrali Credo i Partnerzy dostaję gęsiej skórki.
- Max, nie da się z tego jakoś wywinąć? – spytałam z nadzieją w głosie.
- Nie. Szefo przedstawił swoją decyzję dobitnie, w dodatku przy świadkach. Jeszcze się nie zdarzyło, by zmienił zdanie. Jedyne wyjście to nowa praca. 
            Siedzieliśmy w milczeniu i grzebaliśmy widelcami w talerzach. Może i ja powinnam poszukać jakiejś posady? Problemem był mój niemiecki zadowalający, tylko na poziomie pieluch i rozmów z pediatrą. Pomyślałam o moich książkowych planach, tu potrzebowałam jednak czasu i spokoju, czyli tego, czego w ogóle  nie miałam w ogóle. Po prostu beznadzieja.
          

            Zaskakujące, jak jedna decyzja potrafi zmienić ludzkie życie. Do diabła wysłaliśmy nasze kłótnie, jakbyśmy chcieli pokazać światu, że nie damy się ponieść emocjom. Nawet takim. Gdy dziewczynki płakały Max, jeśli był w domu mówił:
- Posiedź sobie, ja pójdę do dziewczynek.
            I robił to. Albo szukał nowego zajęcia, a ja rozmyślałam o przyszłości. I o dzieciach. Czy zmiana miejsca zamieszkania ma dla nich jakieś znaczenie? Że ją zauważą, to jasne, ale czy będą się martwić? Myślę, że nie, więc chociaż tyle dobrego. Pocieszałam się, jak mogłam, przepędzając targające mną uczucia, a te i tak zawsze wracały. Jak do tego doszło? Nigdy nie chciałam opuścić Wrocławia, a teraz wyląduję w jednym z najdalszych zakątków Niemiec! Kiedyś, pogrążona w myślach nagle zauważyłam, że brakuje jednego malucha. Serce podskoczyło mi do gardła, a przed oczyma stanęły wszechobecne doniesienia o wypadkach niemowlaków. Choć dom był zabezpieczony, ogarnęła mnie panika. Gdzie jest moje dziecko?! Kamień spadł mi z serca, gdy znalazłam Nadin za fotelem, zafascynowaną narożnikiem dywanu.
- Ach, maleństwo, napędziłaś mi stracha. – powiedziałam z uczuciem.
            Przytuliłam moją córeczkę jak największy skarb świata. Niestety krótko, Nadin nie miała ochoty na rozstanie z dywanem, co zakomunikowała głośnym płaczem. Ucichł, gdy do małych rączek znów trafiła nowoodkryta zabawka. Na szczęście Nicol i Neli chętnie pobawiły się z mamą, a ja w pompce miałam nieposprzątaną łazienkę i ciuchy do prasowania. Nie uciekną.

            Dni mijały, a my nie mieliśmy w ręce żadnego rozwiązania. Max dostał wprawdzie kilka propozycji, ale proponowane zarobki były nieporównywalnie niższe. Nasza rodzina nie wyżyłaby z nich nawet, gdybyśmy zamieszkali w starym, honeckerowskim bloku. I stało się, na wokandę zaczęły wchodzić niechciane tematy. O nadchodzących zmianach musieliśmy poinformować rodzinę. Reakcja nas nie zaskoczyła. Młodsze pokolenie przyjęło nowości ze zdziwieniem, jednak dość spokojnie. W końcu tak się dzisiaj żyje. Idziesz tam, gdzie jest praca albo idziesz na bruk. Za to starszyzna dostała szału.
- Do czego to podobne!? – krzyczeli, teściowie po niemiecku, a babunia po polsku. – Tak się nie robi! Co temu szefowi przyszło do głowy!? 
             Nie komentowaliśmy. To by i tak niczego nie zmieniło. Krzyki ucichły, gdy do wszystkich dotarło, że Max wkrótce pojedzie do Monachium, a ja zostanę z dziećmi sama.
- Dziewczyno, na litość boską,  - wzdychała babunia załamana. – Jak ty sobie poradzisz?
- Będziemy przyjeżdżać. – oświadczyła rzeczowo Karen. – Posiedzimy z dziećmi, a ty sobie pośpisz.
- Ładne kwiatki. – wzdychała Emma – Przygotuj się na wzmożone odwiedziny. Potem to już nie będzie taki tam rzut beretem.
            Ano nie, myślałam ze smutkiem, ale i z wdzięcznością za wsparcie, które nam oferowali.

            - Skontaktowałem się z kilkoma kolegami w centrali. - oznajmił któregoś dnia Max – W kwestii jakieś lokum, w końcu gdzieś muszę mieszkać i to już za niecałe trzy tygodnie.
- I co, masz jakieś propozycje? – spytałam bez entuzjazmu.
- Biorę małą kawalerkę blisko firmy. I tak będę tam tylko spał, więc luksusów nie potrzebuję.
- Ale szybko ci to poszło. – stwierdziłam zaskoczona.
- Wielkie poszukiwania to bezsens, szkoda mi było czasu na takie pierdoły.
            Max, choć z pozoru spokojny, wewnątrz siebie był po prostu wściekły. Życie zakręciło nim, jak chciało, na pocieszenie ofiarując bezsilność. Podziwiałam jego opanowanie, bo ja, gdy nikt nie widział po prostu płakałam. Nieuchronnie czekała nas przeprowadzka, a ta zawsze oznacza życiową rewolucję. De facto jedną z trzech, jakie na nas czekały. Pierwsza to mama sama z trojaczkami, a druga, co z mieszkaniem we Wrocławiu. Wszystkie były mi nieznane. A że w większości boimy się nieznanego, bałam się i ja.
            Któregoś dnia opowiedziałam Brzdącom o przyszłości.
- Córeńki, niedługo nasze życie trochę się zmieni. Czeka nas przeprowadzka, co znaczy, że zamieszkamy w innym domu. I w innym landzie. Już nie w Brandenburgu, tylko w Bawarii.
            Dzieci słuchały, a ja byłam pewna, że mnie rozumieją. Opowiadałam dalej.
- To będzie trudny okres. Nadal chcę poświęcić wam jak najwięcej czasu, niestety, nie obiecuję, że mi to wyjdzie. A jak się czasami rozpłaczę, to mnie pocieszcie.

             Przyszedł maj, a z nim urlop Maxa, dużo spokojniejszy, niż poprzedni, choć i sprzeczki nam towarzyszyły.
- Dlaczego parzysz kawę tak, skoro ja robię to inaczej? - wkurzał się Max.
- Bo tak mi pasuje.
Albo:
- Gdzie jest wyciskacz do cytryn? – pytałam.
- Na swoim miejscu. – rzucał sucho Max.
- Właśnie jestem na tym miejscu i go nie ma. Więc gdzie, do cholery jest?
             Oczywiście zawsze byłam pewna, że to Max przełożył to, o co pytam. A jak miałam wenę, uważałam, że celowo, by zrobić mi na złość. Ale i on często pytał:
- Gdzie schowałaś mój portfel?
Choć wieki nie miałam go w ręce, oczywiście to ja zawiniłam.
- Nie schowałam, ale na ile znam życie, leży w sypialni.
- W sypialni na pewno nie! Co to w ogóle za pomysł?
Max przewracał dom do góry nogami i za kwadrans wracał z portfelem w ręce.
- A, znalazłeś. I gdzie był?
- W sypialni...
Hmmm, bez komentarza... Choć na usta cisnęło mi się: „A nie mówiłam.”

             Nasze trojaczki rosły wtedy jak na drożdżach. Nie lubiły dań gotowych, więc im gotowałam. W miarę możliwości starałam się kupować wszystko bio, choć ceny przechodziły moje najśmielsze oczekiwania. Tak czy siak, moje życie było teraz ciekawsze, mogłam trochę poeksperymentować w kuchni A tak przy okazji:
Z pamiętnika matki trojga dzieci, z których jedno jest maleńkie, drugie malutkie, a trzecie tyciutkie:
Twoje najlepsze frykasy to te, które zostały na talerzu po dziecku.
I to nieprawda, że resztki nie tuczą :-(

             Max i ja jesteśmy realistami, nie bujamy w obłokach, ale wciąż po cichu wierzyliśmy w cud, który zatrzyma nas w Rangsdorf. I znów tak bardzo pragnęłam, żeby zatrzymał się czas. A tu ani jednego ani drugiego. Cudu nie było, a czas pomknął dalej. Jedyną osłodą była piękna majowa pogoda. Chodziliśmy więc na spacery i planowaliśmy nowe życie. Do tego dochodził jeszcze jeden problem. Nie miałam samochodu. To niewiarygodne, jak szybko w takich warunkach podejmuje się decyzje warte niemałe pieniądze. Auto musiało być bezpieczne i na tyle duże, by pomieściło trojaczkowy wózek., co szybko zawęziły listę do małych busów. Wybór padł na Mercedesa Vito. Choć to „aż Mercedes”, dealer przysłał nam najkorzystniejszą propozycję, obdarowując dodatkowo fotelikami samochodowymi. Nawet przy trojaczkach mogliśmy spełnić zawarte w niej wymagania finansowe. Tylko czekać musieliśmy ponad miesiąc, ale na ten czas dostałam auto zastępcze.
            Jednak wybór auta to dziecinna zabawa w porównaniu z wyprawą Maxa do Monachium. W przeddzień wyjazdu dzieci wciąż płakały, a nam wszystko leciało z rąk. I nie wytrzymałam.
- Max, wybacz! – prawie krzyknęłam – Nie mogę na to patrzeć. W dodatku ten ciągły płacz. Idę na spacer, a ty dalej pakuj. Potem się zamienimy.
- Dobrze, idź. – odpowiedział i gdzieś poszedł.
Do dziś nie wiem, czy sprawiłam mu wtedy przykrość, czy nie.
 

            Ciąg dalszy nastąpi, co było przedtem, też. Chcielibyście wiedzieć? Wszystkim czytelnikom będę bardzo wdzięczna za umieszczenie w komentarzu poniżej opinii o tekście. Wszystkie opinie przekazane na Facebooku osobiście zamieszczam pod tekstem. Wtedy wszystkie będą w jednym miejscu.

A tutaj LINK do kolejnego fragmentu. 


Pozdrawiam,

Czytany 1365 razy Ostatnio zmieniany środa, 19 październik 2016 21:19
Oceń ten artykuł
(21 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

19 komentarzy

  • Link do komentarza Małgorzata Paluch środa, 19 październik 2016 21:12 napisane przez Małgorzata Paluch

    Superrr tzn wciaga:)

  • Link do komentarza Aleksandra Wierzchowski środa, 19 październik 2016 21:11 napisane przez Aleksandra Wierzchowski

    Prosze o wiecej :)

  • Link do komentarza Ewa Soroka środa, 19 październik 2016 21:10 napisane przez Ewa Soroka

    Troszkę chaotyczne , bardzo dużo się dzieje w tym małym fragmencie, ale podoba mi się. Wciaga. Czekam na więcej i gratuluję

  • Link do komentarza Elż Bieta środa, 19 październik 2016 21:09 napisane przez Elż Bieta

    Mało czytam, wstyd się przyznać ;-) ale to by mnie wciągnęło!!!

    Gratulacje!!! Pisz dalej :-)

  • Link do komentarza Lydia Honorata Macniak środa, 19 październik 2016 21:08 napisane przez Lydia Honorata Macniak

    Jestem pod wrażeniem

  • Link do komentarza Dorota Sadowska środa, 19 październik 2016 21:07 napisane przez Dorota Sadowska

    Jak na pierwszą to jest super, wciąga i czekasz na więcej nawet ten 4 rozdz. może być pierwszym ;-)

  • Link do komentarza Joanna Asiunia Asieńka środa, 19 październik 2016 21:06 napisane przez Joanna Asiunia Asieńka

    Poszę o więcej....wciaga....

  • Link do komentarza Monika Olszewska środa, 19 październik 2016 21:05 napisane przez Monika Olszewska

    Wciągająca

  • Link do komentarza Małgosia Jarek Ziołek środa, 19 październik 2016 21:04 napisane przez Małgosia Jarek Ziołek

    Zachęcająca do czytania ;-)

  • Link do komentarza MultiLady poniedziałek, 29 luty 2016 10:29 napisane przez MultiLady

    Maksiu, witaj :-)
    Tak, masz rację, to wyzwanie. Na szczęście już kończę.
    Trzymajcie kciuki.
    Pozdrawiam serdecznie :-)

Nasze pasje - TOP 5

Najnowsze artykuły

  • Niespodzianka z marketu

    Niespodzianka z marketu

    Każda mama cieszy się na prezenty - kosmetyki otrzymane od dzieci, ale ... często ich nie używa....

  • Uwaga na takie przypadki

    Uwaga na takie przypadki

    Robimy coś ostrym narzędziem, ostrożnie, tak, jak zawsze. Nagle CIACH! Zacięliśmy się. Trudno....

  • Lakier bez odprysków

    Lakier bez odprysków

    Dziewczyny, znacie to? Siedzimy, robimy sobie piękny manicure, lakierujemy paznokcie ulubionym kolorem,...

Pokrewne tematy

Polecamy


Previous
Next