"Jeden strzał, trzy gole" - fragment

Napisała  środa, 12 październik 2016 09:58

Pisałam Wam już o mojej książce - marzeniu, które spełniłam. Super się poczułam, gdy dostałam maila z prośbą o udostępnienie fragmentu w necie. Którego, jak długiego? Dobre pytanie! Natasza zdecydowała, poniżej pięciostronicowy początek. Jestem ciekawa, czy Wam się spodoba :-)

I prośba. Proszę o Waszą opinię pod tym artykułem. Jeśli macie sugestie, coś Wam się super podoba, albo makabrycznie nie podoba, piszcie koniecznie, w komentarzu pod artykułem. Jeśli gdzieś wkradł się błąd, również. Serdeczne dzięki. 

A na końcu artykułu zamieszczam fotkę miejsca, gdzie powstała książka :-)

 

Jeden strzał, trzy gole



I.         Wrocławskie interesy
 

 

Polka i Saksończyk na polskich drogach. W niemieckim samochodzie. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego, myślałam jadąc wraz z Maxem do Warszawy na serię służbowych spotkań. Lubiłam jego auto, to również tutaj zaczęło między nami iskrzyć. Najpierw delikatnie i wstydliwie, przecież oboje byliśmy przeciwni relacjom damsko – męskim na gruncie służbowym. Z czasem, gdy uczucie niepostrzeżenie rozkwitało, coraz mocniej i odważniej. Często, niby przypadkiem nasze łokcie delikatnie się dotykały. A reakcja? Rozmawialiśmy dalej udając, że tego nie widzimy.

- Cholera jasna! – krzyk Maxa wyrwał mnie ze świata marzeń.

- Co się stało? – spytałam półgłosem.

- Policja! Zatrzymali nas! – Max zjechał na pobocze.

Znowu policja. Tym razem nie wiedziałam, czy Max przekroczył dozwoloną prędkość. Wcześniej czasami faktycznie przekraczał, a czasami zatrzymywano nas za niemieckie numery i nowiutkiego Passata Kombi.

- Jechałeś za szybko? – spytałam nerwowo, chcąc poznać fakty przed starciem z polską drogówką.

- Nie! Na pewno znów chodzi o forsę!

W międzyczasie dwóch policjantów stanęło koło naszego auta. Jeden z nich zastukał w szybę.

- Czy pan kierowca mógłby okazać nam stosowne dokumenty? – spytał w miarę przyjaźnie.

Pokornie przetłumaczyłam Maxowi prośbę polskiej władzy. Wściekły podał funkcjonariuszowi prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Ten nadzwyczaj powoli przystąpił do ich przeglądania. A niech go gęś kopnie! Co takiego nietypowego jest w papierach, które powinien dobrze znać nawet, jeśli są niemieckie? Również moje ciśnienie gwałtownie podskoczyło.

- Marion, nie jechałem za szybko. – burknął i wysiadł zapalając papierosa. Wysiadłam za nim.

- A ile jechałeś?

- Oj nie wiem dokładnie! – jego angielski znów zyskał na sile, a kruczoczarne włosy najeżyły się tak, że urósł do rozmiarów niedźwiedzia grizli, choć i bez tego Max był potężnym facetem. Obaj policjanci spojrzeli na nas pytająco.

- Czy wiecie państwo, za co zostaliście zatrzymani? – spytał starszy rangą funkcjonariusz.

Odpowiedź sama cisnęła się na usta. Zostaliśmy zatrzymani za niemieckie numery, a wy chcecie od nas kasę, bębniło w mojej głowie. Rozum zwyciężył.

- Szczerze mówiąc nie. – odpowiedziałam spokojnie.

- Pan wyprzedzał na zakazie. – odparł policjant.

Przetłumaczyłam. Max spojrzał na mnie zrezygnowany. Jechaliśmy przez wieś za traktorem i Max faktycznie go wyprzedził. Już otworzyłam usta, by wytłumaczyć motywy kierowcy, gdy Max warknął:

- Jest za zimno! Wsiadaj do auta!

Posłuchałam. Burzę moich długich, kasztanowych loków rozwiał wiatr, a oczy wypełniły łzy. Już przez zamknięte drzwi usłyszałam głos jednego z policjantów:

- Daj im spokój. Przecież wiesz, jaki wieczór będzie dziś miała ta pani.

Taka wypowiedź solidnie mnie zaskoczyła. Ależ oni mają opinię o tych Niemcach! Ostatecznie oddali Maxowi dokumenty i pozwolili jechać. Więc jechaliśmy, bez słowa i pod okrutną presją czasu. Spóźnienie oznaczało samobójstwo.

- Faktycznie byłeś wściekły, czy tylko udawałeś? – spytałam z szelmowskim uśmiechem.

- Jedno i drugie. Wiedziałem o tym wyprzedzaniu.

- A żeby cię świnia powąchała! Dlaczego nie powiedziałeś, tylko zmyślałeś mi jakieś farmazony?

Max tylko machnął ręką. Ach, ci mężczyźni! Czy kiedykolwiek dojdzie do porozumienia na linii damsko – męskiej? Pewnie nie, ale teraz to nieważne. Najważniejsze, że jedziemy.

Droga do Warszawy ciągnęła się w nieskończoność. Brak autostrad w naszym kraju podnosił ciśnienie wszystkim kierowcom, a o stanie dróg od dawna chodziły dowcipy. Niestety, wielu ludzi życiem przypłaciło nieudolność polskich władz. Nas tamta wyprawa kosztowała więcej nerwów, niż najgorsze spotkanie rady nadzorczej, ale zdążyliśmy. Do restauracji, gdzie mieliśmy zjeść kolację z naszym potencjalnym klientem dotarliśmy pierwsi.

- Poproszę kobiecego drinka z potężną zawartością wódki. – zwróciłam się do kelnerki.

Pokaźna ilość alkoholu wypita nawet na oczach rekina branży była najlepszym rozwiązaniem. Przy stanie moich nerwów nawet pół litra spożyte duszkiem nie powaliłoby mnie z nóg. Co gorsza, mogłam pić, ile tylko chcę. I tak znowu nie byłam w ciąży, choć wydawało mi się, że więcej w tej sprawie zrobić już nie można. Później okazało się, że owszem, można. Jednak tamtego wieczoru nie miało to znaczenia. Alkohol mnie uspokoił, a spotkanie przebiegło gładko. Po nim marzyłam tylko o łóżku. Już od rana miał nastąpić ciąg dalszy batalii o nowe kontrakty. I  o dziecko.

Po czterech dniach przepracowanych w Warszawie, zjechaliśmy do Wrocławia. To tu znajdowała się siedziba Credo i Partnerzy, firmy, dla której oboje pracowaliśmy. Zajmowaliśmy się wszystkim, co miało związek z podróżowaniem. Obsługiwaliśmy biura turystyczne, ubezpieczycieli, koncerny samochodowe, statkowe i żeglarskie, lotniska, porty. Zakres działalności firmy Credo i Partnerzy był tak złożony, że nikt tu nie wiedział, co to nuda. Moim zadaniem było zbudowanie skutecznie działającego działu marketingu i sprzedaży. Pozyskiwałam nowych klientów, by w następstwie nadzorować ich obsługę, oraz koordynowałam współpracę z podwykonawcami. I tak, jak wszyscy, nigdy się nie nudziłam.

Piątkowego ranka Max i ja stawiliśmy się w firmie. Osobno. Z jednej strony lubiłam taki tydzień pracy, z drugiej nie. Lubiłam, bo po ciężkiej harówce w Warszawie zostawał tylko jeden dzień do weekendu. Albo i nie. Zdarzało się też pracować w niedziele. Nie lubiłam, bo zawsze nagromadziło się mnóstwo niecierpiących zwłoki spraw, które należało obrobić właśnie w piątek. A tu na dwunastą Max zwołał tajne spotkanie zarządu. Dwie minuty przed południem w sali konferencyjnej czekali już dyrektor finansowy i szefowa operacyjna.

- Cześć Marion. Jak było w stolicy? – spytał Anton, nasz główny finansista.

- Tak, jak zawsze. – odpowiedziałam obojętnie, ukrywając prawdę.

- A jak spotkania? – Anna, operacyjna, popatrzyła na mnie pytająco, mierząc od stóp do głowy z zazdrością, że ja schudłam, a ona nie. – Tak długo was nie było.

Zawsze w takich momentach wyczuwałam ten cichy podtekst. Max i ja byliśmy ze sobą potajemnie. Bo do czego to podobne, by pan dyrektor generalny z panią dyrektor marketingu i sprzedaży... Więc była to tajemnica Poliszynela.

- Spotkania też tak jak zawsze. Byłaś na kilku, to pewnie pamiętasz, jak to jest. – zgasiłam ją.    Naszą rozmowę przerwało wejście Maxa z Barbarą, jego asystentką u boku.

- Witam państwa. – powiedział z uśmiechem Rudolfa Valentino – Proszę siadajcie.

            Zamieniliśmy się w słuch.

- Jak wiecie, – zaczął oficjalnie – Marion i ja spędziliśmy ostatnie dni w Warszawie, gdzie spotkaliśmy się z kilkoma ważnymi osobami.

Na twarzach zebranych widniał wyraz oczekiwania. Wszyscy wiedzieli, że spotkania z CornerCo były głównym celem tego wyjazdu. CornerCo był największym holdingiem turystycznym w Polsce i za podpisanie głównego kontraktu serwisowego właśnie z nim każdy nasz konkurent bez wahania zaprzedałby duszę diabłu.

- Jedną z tych osób – ciągnął dalej nasz wódz – jest prezes wiodącego przedstawiciela branży, pan Corner. Nie ukrywam, że spotkanie z nim było naszym najważniejszym i najowocniejszym. Chciałbym Wam pokazać list intencyjny, który podpisaliśmy z CornerCo we wtorek, po poniedziałkowej, jakże ważnej kolacji.

Cień uśmiechu przebiegł po twarzy Maxa. Po mojej też.

- W lipcu podpisujemy z nimi kontrakt na obsługę serwisową, o który walczyliśmy od dwóch lat, a współpracę zaczynamy od nowego roku.

Rozbrzmiały oklaski, wybuchły śmiechy.

- Marion, wiedziałaś i nic nie powiedziałaś! – Anton wycelował we mnie swój chudy palec. Czekaj no padalcu, pomyślałam w duchu.

- Pewnie, że nie. – odparłam z uśmiechem. – W końcu jestem tu od robienia, a nie od mówienia, kochany.

Wymianę zdań zagłuszył wystrzał szampana. Firmowe toasty na rzecz nowego klienta ceniłam sobie bardziej, niż premię bożonarodzeniową. Było to uwieńczenie pierwszego, z reguły najdłuższego etapu pracy, jakim było podpisanie kontraktu. Jego przedłużenie miało dużo większą wartość, pokazywało bowiem, że wszystkie nasze zobowiązania spełniliśmy śpiewająco. Na to jednak trzeba było zapracować. Póki co z uśmiechem spoglądaliśmy na list, a nasza nieduża sala konferencyjna tętniła radością.

- Na koniec chciałbym zameldować o pewnej zmianie. – szef spojrzał na mnie znacząco – Marion kategorycznie odmówiła dalszych podróży do Warszawy samochodem. Od teraz jeździmy pociągiem. Znów byliśmy dwoma kłębkami nerwów, znów prawie się spóźniliśmy i znów zatrzymała nas policja.

- Ile skasowali tym razem? – zapytał Anton, finansista, więc i pytanie było na miejscu.

- Nic. – Max śmiał się w głos – Nasze zdolności aktorskie znowu zwyciężyły. Panowie uwierzyli, że jestem podłym Szwabem, który szykanuje polskie dziewczyny.

Po takim sukcesie omawianie spraw bieżących odłożyliśmy na nadchodzący tydzień. I całe szczęście. Obrabiając stosy zaległości musiałam złapać telefonicznie dwóch ginekologów, najbardziej kreatywne głowy w dziedzinie prokreacji w promieniu 300 km. Bogu dziękowałam za posiadanie własnego gabinetu i możliwość załatwienia sprawy bez świadków, spotkania te były bowiem na wagę złota. Kontrakt Maxa w Polsce kończył się za równe trzy miesiące. Moim największym marzeniem było opuszczenie firmy wraz z nim. I z brzuchem.

Znowu korek. Tak to już było w piątkowe popołudnie, kiedy zaraz po pracy kierowałam się na południe od Wrocławia. Właśnie tam, na małym, miłym rancho mieszkała moja przyjaciółka. Miała na imię Kati i była najmasywniejszym i najleniwszym koniem, jakiego znałam. To właśnie ona sprawiła, że rok wcześniej jakoś udało mi się przeżyć śmierc mamy. Ta otyła klacz była również powodem zazdrości wielu moich krewnych.

Nie pochodzę z bogatej rodziny. Jako dziecko mieszkałam z rodzicami w gierkowskim bloku. Ciężką pracą dochodziliśmy do swoich celów. Samochody zmieniało się na nieco lepsze, czasem w rodzinie zdarzała się przeprowadzka. Także moi rodzice się przeprowadzili, a ja przejęłam nasze mieszkanie. Trzy pokoje z kuchnią, łazienka i toaletą. Po remoncie moje lokum nabrało nowych barw i wyładniało. Echa nieprzychylnych komentarzy dało się słyszeć natychmiast. Puściłam je mimo uszu, ale pojawiły się następne. Dotyczyły mojej kariery, stanowiska kierowniczego przed trzydziestką, częstego latania po Europie, samochodu służbowego i w ogóle wszystkiego, czego niektórzy z rodziny będąc w moim wieku jeszcze nie osiągnęli. Albo nigdy nie osiągnęli. Opowiadali, że spijam tylko kawki i latam na wycieczki krajoznawcze. Cóż, na zazdrość trzeba sobie zapracować, myślałam i milczałam. A kiedy kupiłam Kati, wielu nie wytrzymało. Mówiono, że dostałam na głowę i powinnam się leczyć. Ignorowałam i to, w ślad za moją dewizą, że głupotę, której nie można pomóc, należy zignorować. Kati była dla mnie zbyt ważna. To także dzięki niej nie traciłam nadziei na powiększenie rodziny, choć wiedziałam, że w stanie błogosławionym jazda konna nie wchodzi w grę. Tylko, że najpierw trzeba się znaleźć w tym stanie błogosławionym, a z tym było gorzej. Dorwałam wprawdzie tych dwóch lekarzy, ale na spotkanie umówiłam się tylko z jednym. Cóż, pięćdziesiąt procent sukcesu, dobre i to.

Zapach stajni miał w sobie coś niezwykłego. Gdy tylko go poczułam, znikał cały zakręcony świat, a czas znacząco zwalniał. Praca, stres, lekarze odpływali w zapomnienie, a tu był tylko święty spokój. Kiedyś myślałam, że Max też pokocha jeździectwo. Niestety, jego problemy zdrowotne skazały ten pomysł na straty. Do tego, jako potężny mężczyzna stwierdził, że nawet na największym koniu będzie wyglądał jak na ratlerku, więc dałam za wygraną. Kiedyś, siedząc na końskim grzbiecie przygotowywałam w myślach misterny plan mojego życia. Teraz, gdy jego realizacja okazała się problematyczna i nadal mogłam jeździć konno, myślałam o niebieskich migdałach albo śpiewałam na cały las. Albo rozmawiałam sama ze sobą. Ostatecznie to bardzo ważne, by od czasu do czasu zamienić kilka słów z kimś szczególnie inteligentnym. Po kolejnym galopie rozśpiewałam się na całe gardło. Za zakrętem napotkałam samochód, a obok czteroosobową rodziną przygotowującą piknik.

- To pani tak śpiewała? – spytał krępy mężczyzna w okularach.

- Nie, ja nie. – odparłam zabawnie – To koń.

Wszyscy się roześmiali.

- To proszę mu powiedzieć, żeby śpiewał dalej. Ładnie pani w tym kowbojskim kapeluszu.

Często, gdy śpiewałam, spotykałam kogoś w lesie. I zawsze mówiłam, że to Kati tak się drze. De facto lubiłam wyśpiewać z siebie cały stres i wśpiewać nadzieję na powiększenie rodziny. Z tą właśnie nadzieją wróciłam do domu. 


I jak, dotarliście do końca? Jeszcze raz proszę o opinię w komentarzu poniżej.
Serdeczne dzięki :-)
Komentarze zamieszczone na Facebooku skopiowałam i zamieściłam pod artykułem. Kochani, DZIĘKI :-)

Kto ciekawy, w zeszłym roku zamieszczałam już fragment tekstu. OTO LINK.

A książka powstała tutaj:


Pozdrawiam serdecznie,

Czytany 9955 razy Ostatnio zmieniany sobota, 05 listopad 2016 17:36
Oceń ten artykuł
(10 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

52 komentarzy

  • Link do komentarza sabiat piątek, 27 styczeń 2017 18:51 napisane przez sabiat

    Hallo Lady,
    szczerze podziwiam za konsekwencje w dążeniu do raz obranego celu, Hut ab!
    Przeczytałem zamieszczony fragment i autentycznie jestem pod wrażeniem, jestem, choć trochę przeszkadza mi typowo kobiece, czyt. niemożebnie zagmatwane :) spojrzenie na sprawy damsko-męskie. Lady, świat jest tak prosty jak działanie matematyczne 2+2=4, a zatem po co komplikować go wykwintnie rumianym rumieńcem na policzkach, kiedy policjant mowie o ciężkiej nocy? To jest facet, a ci z założenia zawsze maja racje :-D
    Ciekawy jestem dalszego ciągu. Daj mi proszę znać, kiedy książka ukaże się na rynku.
    Raz jeszcze, Hut ab!

  • Link do komentarza Maja sobota, 05 listopad 2016 16:51 napisane przez Maja

    Podoba mi się :)
    Cz jak piszesz o śmierci mamy to nie powinno być ze Kati pomogła ci przeżyć śmierć mamy, a nie śmierci?

  • Link do komentarza Iza Izunia piątek, 21 październik 2016 05:45 napisane przez Iza Izunia

    Super bardzo mi sie podoba i lekko sie czyta..

  • Link do komentarza Carolin Kranz - MultiLady piątek, 21 październik 2016 05:43 napisane przez Carolin Kranz - MultiLady

    Sol/Monique
    Dzięki za uwagi o interpunkcji. Z tym myślnikiem masz rację. Ostatnio powiedział mi o tym jeszcze ktoś. Znów się czegoś nauszyłam.
    A w kwestii interpunkcji, sęk w tym, że też mam z nią problemy.

  • Link do komentarza Justyna Mos piątek, 21 październik 2016 05:39 napisane przez Justyna Mos

    Poprosze o wiecej

  • Link do komentarza Ania czwartek, 20 październik 2016 07:25 napisane przez Ania

    Świetnie, że spełniasz swoje marzenia! Dobrnęłam do końca :) Czyta się naprawdę lekko i przyjemnie, wciąga, choć po tym fragmencie po książkę bym nie sięgnęła. Jednak nie dlatego, że coś mi nie pasowało, po prostu nie moja tematyka :) Może za jakiś czas, kiedy dowiem się o niej czegoś więcej, i w mojej biblioteczce stanie Twoje nazwisko:) Powodzenia!

  • Link do komentarza Kathy Loenia czwartek, 20 październik 2016 07:12 napisane przez Kathy Loenia

    fajnie podoba mi się :D jest klimat, dzieje się super:) obserwuję:)

  • Link do komentarza Milena Marchlewska środa, 19 październik 2016 20:57 napisane przez Milena Marchlewska

    Wow!!!!
    Przeczytałam ten fragment i oficjalnie oglaszam się Twoją zagorzalą czytelniczką.
    Masz niesamowity jezyk! Swoboda słów, łatwo przyswajalny tekst, treść oryginalna, sensowna, akcja wciągająca od samego początku. Kupuję to!

  • Link do komentarza Sol/Monique środa, 19 październik 2016 14:25 napisane przez Sol/Monique

    W czwartym zdaniu i później "damsko-męskim" powinno być zapisane w ten sposób, tzn. z krótkim myślnikiem i bez spacji, bo długi oznacza pauzę. Wydaje mi się, że może też być w ogóle bez myślnika. No i widziałam kilka błędów interpunkcyjnych, przecinki w paru miejscach wymagają poprawy, ale na 100% się nie znam na przecinkach, więc wolę nie poprawiać... ;) Ogólnie czytało mi się bardzo dobrze i serio jestem ciekawa dalszego ciągu, zwł. że mam podobny gust do facetów jak główna bohaterka powieści, he he... :D
    Pozdrawiam
    M.

  • Link do komentarza Księżycova środa, 19 październik 2016 11:33 napisane przez Księżycova

    Przeczytałam jednym tchem! Genialne, masz świetny, łatwo przyswajalny język, jesteś kreatywna i trzymasz czytelnika w napięciu! Czekam na resztę!

Nasze pasje - TOP 5

Najnowsze artykuły

  • Niespodzianka z marketu

    Niespodzianka z marketu

    Każda mama cieszy się na prezenty - kosmetyki otrzymane od dzieci, ale ... często ich nie używa....

  • Uwaga na takie przypadki

    Uwaga na takie przypadki

    Robimy coś ostrym narzędziem, ostrożnie, tak, jak zawsze. Nagle CIACH! Zacięliśmy się. Trudno....

  • Lakier bez odprysków

    Lakier bez odprysków

    Dziewczyny, znacie to? Siedzimy, robimy sobie piękny manicure, lakierujemy paznokcie ulubionym kolorem,...

Pokrewne tematy

Polecamy


Previous
Next