środa, 12 październik 2016 09:58

"Jeden strzał, trzy gole" - fragment

Pisałam Wam już o mojej książce - marzeniu, które spełniłam. Super się poczułam, gdy dostałam maila z prośbą o udostępnienie fragmentu w necie. Którego, jak długiego? Dobre pytanie! Natasza zdecydowała, poniżej pięciostronicowy początek. Jestem ciekawa, czy Wam się spodoba :-)

I prośba. Proszę o Waszą opinię pod tym artykułem. Jeśli macie sugestie, coś Wam się super podoba, albo makabrycznie nie podoba, piszcie koniecznie, w komentarzu pod artykułem. Jeśli gdzieś wkradł się błąd, również. Serdeczne dzięki. 

A na końcu artykułu zamieszczam fotkę miejsca, gdzie powstała książka :-)

 

Jeden strzał, trzy gole



I.         Wrocławskie interesy
 

 

Polka i Saksończyk na polskich drogach. W niemieckim samochodzie. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego, myślałam jadąc wraz z Maxem do Warszawy na serię służbowych spotkań. Lubiłam jego auto, to również tutaj zaczęło między nami iskrzyć. Najpierw delikatnie i wstydliwie, przecież oboje byliśmy przeciwni relacjom damsko – męskim na gruncie służbowym. Z czasem, gdy uczucie niepostrzeżenie rozkwitało, coraz mocniej i odważniej. Często, niby przypadkiem nasze łokcie delikatnie się dotykały. A reakcja? Rozmawialiśmy dalej udając, że tego nie widzimy.

- Cholera jasna! – krzyk Maxa wyrwał mnie ze świata marzeń.

- Co się stało? – spytałam półgłosem.

- Policja! Zatrzymali nas! – Max zjechał na pobocze.

Znowu policja. Tym razem nie wiedziałam, czy Max przekroczył dozwoloną prędkość. Wcześniej czasami faktycznie przekraczał, a czasami zatrzymywano nas za niemieckie numery i nowiutkiego Passata Kombi.

- Jechałeś za szybko? – spytałam nerwowo, chcąc poznać fakty przed starciem z polską drogówką.

- Nie! Na pewno znów chodzi o forsę!

W międzyczasie dwóch policjantów stanęło koło naszego auta. Jeden z nich zastukał w szybę.

- Czy pan kierowca mógłby okazać nam stosowne dokumenty? – spytał w miarę przyjaźnie.

Pokornie przetłumaczyłam Maxowi prośbę polskiej władzy. Wściekły podał funkcjonariuszowi prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Ten nadzwyczaj powoli przystąpił do ich przeglądania. A niech go gęś kopnie! Co takiego nietypowego jest w papierach, które powinien dobrze znać nawet, jeśli są niemieckie? Również moje ciśnienie gwałtownie podskoczyło.

- Marion, nie jechałem za szybko. – burknął i wysiadł zapalając papierosa. Wysiadłam za nim.

- A ile jechałeś?

- Oj nie wiem dokładnie! – jego angielski znów zyskał na sile, a kruczoczarne włosy najeżyły się tak, że urósł do rozmiarów niedźwiedzia grizli, choć i bez tego Max był potężnym facetem. Obaj policjanci spojrzeli na nas pytająco.

- Czy wiecie państwo, za co zostaliście zatrzymani? – spytał starszy rangą funkcjonariusz.

Odpowiedź sama cisnęła się na usta. Zostaliśmy zatrzymani za niemieckie numery, a wy chcecie od nas kasę, bębniło w mojej głowie. Rozum zwyciężył.

- Szczerze mówiąc nie. – odpowiedziałam spokojnie.

- Pan wyprzedzał na zakazie. – odparł policjant.

Przetłumaczyłam. Max spojrzał na mnie zrezygnowany. Jechaliśmy przez wieś za traktorem i Max faktycznie go wyprzedził. Już otworzyłam usta, by wytłumaczyć motywy kierowcy, gdy Max warknął:

- Jest za zimno! Wsiadaj do auta!

Posłuchałam. Burzę moich długich, kasztanowych loków rozwiał wiatr, a oczy wypełniły łzy. Już przez zamknięte drzwi usłyszałam głos jednego z policjantów:

- Daj im spokój. Przecież wiesz, jaki wieczór będzie dziś miała ta pani.

Taka wypowiedź solidnie mnie zaskoczyła. Ależ oni mają opinię o tych Niemcach! Ostatecznie oddali Maxowi dokumenty i pozwolili jechać. Więc jechaliśmy, bez słowa i pod okrutną presją czasu. Spóźnienie oznaczało samobójstwo.

- Faktycznie byłeś wściekły, czy tylko udawałeś? – spytałam z szelmowskim uśmiechem.

- Jedno i drugie. Wiedziałem o tym wyprzedzaniu.

- A żeby cię świnia powąchała! Dlaczego nie powiedziałeś, tylko zmyślałeś mi jakieś farmazony?

Max tylko machnął ręką. Ach, ci mężczyźni! Czy kiedykolwiek dojdzie do porozumienia na linii damsko – męskiej? Pewnie nie, ale teraz to nieważne. Najważniejsze, że jedziemy.

Droga do Warszawy ciągnęła się w nieskończoność. Brak autostrad w naszym kraju podnosił ciśnienie wszystkim kierowcom, a o stanie dróg od dawna chodziły dowcipy. Niestety, wielu ludzi życiem przypłaciło nieudolność polskich władz. Nas tamta wyprawa kosztowała więcej nerwów, niż najgorsze spotkanie rady nadzorczej, ale zdążyliśmy. Do restauracji, gdzie mieliśmy zjeść kolację z naszym potencjalnym klientem dotarliśmy pierwsi.

- Poproszę kobiecego drinka z potężną zawartością wódki. – zwróciłam się do kelnerki.

Pokaźna ilość alkoholu wypita nawet na oczach rekina branży była najlepszym rozwiązaniem. Przy stanie moich nerwów nawet pół litra spożyte duszkiem nie powaliłoby mnie z nóg. Co gorsza, mogłam pić, ile tylko chcę. I tak znowu nie byłam w ciąży, choć wydawało mi się, że więcej w tej sprawie zrobić już nie można. Później okazało się, że owszem, można. Jednak tamtego wieczoru nie miało to znaczenia. Alkohol mnie uspokoił, a spotkanie przebiegło gładko. Po nim marzyłam tylko o łóżku. Już od rana miał nastąpić ciąg dalszy batalii o nowe kontrakty. I  o dziecko.

Po czterech dniach przepracowanych w Warszawie, zjechaliśmy do Wrocławia. To tu znajdowała się siedziba Credo i Partnerzy, firmy, dla której oboje pracowaliśmy. Zajmowaliśmy się wszystkim, co miało związek z podróżowaniem. Obsługiwaliśmy biura turystyczne, ubezpieczycieli, koncerny samochodowe, statkowe i żeglarskie, lotniska, porty. Zakres działalności firmy Credo i Partnerzy był tak złożony, że nikt tu nie wiedział, co to nuda. Moim zadaniem było zbudowanie skutecznie działającego działu marketingu i sprzedaży. Pozyskiwałam nowych klientów, by w następstwie nadzorować ich obsługę, oraz koordynowałam współpracę z podwykonawcami. I tak, jak wszyscy, nigdy się nie nudziłam.

Piątkowego ranka Max i ja stawiliśmy się w firmie. Osobno. Z jednej strony lubiłam taki tydzień pracy, z drugiej nie. Lubiłam, bo po ciężkiej harówce w Warszawie zostawał tylko jeden dzień do weekendu. Albo i nie. Zdarzało się też pracować w niedziele. Nie lubiłam, bo zawsze nagromadziło się mnóstwo niecierpiących zwłoki spraw, które należało obrobić właśnie w piątek. A tu na dwunastą Max zwołał tajne spotkanie zarządu. Dwie minuty przed południem w sali konferencyjnej czekali już dyrektor finansowy i szefowa operacyjna.

- Cześć Marion. Jak było w stolicy? – spytał Anton, nasz główny finansista.

- Tak, jak zawsze. – odpowiedziałam obojętnie, ukrywając prawdę.

- A jak spotkania? – Anna, operacyjna, popatrzyła na mnie pytająco, mierząc od stóp do głowy z zazdrością, że ja schudłam, a ona nie. – Tak długo was nie było.

Zawsze w takich momentach wyczuwałam ten cichy podtekst. Max i ja byliśmy ze sobą potajemnie. Bo do czego to podobne, by pan dyrektor generalny z panią dyrektor marketingu i sprzedaży... Więc była to tajemnica Poliszynela.

- Spotkania też tak jak zawsze. Byłaś na kilku, to pewnie pamiętasz, jak to jest. – zgasiłam ją.    Naszą rozmowę przerwało wejście Maxa z Barbarą, jego asystentką u boku.

- Witam państwa. – powiedział z uśmiechem Rudolfa Valentino – Proszę siadajcie.

            Zamieniliśmy się w słuch.

- Jak wiecie, – zaczął oficjalnie – Marion i ja spędziliśmy ostatnie dni w Warszawie, gdzie spotkaliśmy się z kilkoma ważnymi osobami.

Na twarzach zebranych widniał wyraz oczekiwania. Wszyscy wiedzieli, że spotkania z CornerCo były głównym celem tego wyjazdu. CornerCo był największym holdingiem turystycznym w Polsce i za podpisanie głównego kontraktu serwisowego właśnie z nim każdy nasz konkurent bez wahania zaprzedałby duszę diabłu.

- Jedną z tych osób – ciągnął dalej nasz wódz – jest prezes wiodącego przedstawiciela branży, pan Corner. Nie ukrywam, że spotkanie z nim było naszym najważniejszym i najowocniejszym. Chciałbym Wam pokazać list intencyjny, który podpisaliśmy z CornerCo we wtorek, po poniedziałkowej, jakże ważnej kolacji.

Cień uśmiechu przebiegł po twarzy Maxa. Po mojej też.

- W lipcu podpisujemy z nimi kontrakt na obsługę serwisową, o który walczyliśmy od dwóch lat, a współpracę zaczynamy od nowego roku.

Rozbrzmiały oklaski, wybuchły śmiechy.

- Marion, wiedziałaś i nic nie powiedziałaś! – Anton wycelował we mnie swój chudy palec. Czekaj no padalcu, pomyślałam w duchu.

- Pewnie, że nie. – odparłam z uśmiechem. – W końcu jestem tu od robienia, a nie od mówienia, kochany.

Wymianę zdań zagłuszył wystrzał szampana. Firmowe toasty na rzecz nowego klienta ceniłam sobie bardziej, niż premię bożonarodzeniową. Było to uwieńczenie pierwszego, z reguły najdłuższego etapu pracy, jakim było podpisanie kontraktu. Jego przedłużenie miało dużo większą wartość, pokazywało bowiem, że wszystkie nasze zobowiązania spełniliśmy śpiewająco. Na to jednak trzeba było zapracować. Póki co z uśmiechem spoglądaliśmy na list, a nasza nieduża sala konferencyjna tętniła radością.

- Na koniec chciałbym zameldować o pewnej zmianie. – szef spojrzał na mnie znacząco – Marion kategorycznie odmówiła dalszych podróży do Warszawy samochodem. Od teraz jeździmy pociągiem. Znów byliśmy dwoma kłębkami nerwów, znów prawie się spóźniliśmy i znów zatrzymała nas policja.

- Ile skasowali tym razem? – zapytał Anton, finansista, więc i pytanie było na miejscu.

- Nic. – Max śmiał się w głos – Nasze zdolności aktorskie znowu zwyciężyły. Panowie uwierzyli, że jestem podłym Szwabem, który szykanuje polskie dziewczyny.

Po takim sukcesie omawianie spraw bieżących odłożyliśmy na nadchodzący tydzień. I całe szczęście. Obrabiając stosy zaległości musiałam złapać telefonicznie dwóch ginekologów, najbardziej kreatywne głowy w dziedzinie prokreacji w promieniu 300 km. Bogu dziękowałam za posiadanie własnego gabinetu i możliwość załatwienia sprawy bez świadków, spotkania te były bowiem na wagę złota. Kontrakt Maxa w Polsce kończył się za równe trzy miesiące. Moim największym marzeniem było opuszczenie firmy wraz z nim. I z brzuchem.

Znowu korek. Tak to już było w piątkowe popołudnie, kiedy zaraz po pracy kierowałam się na południe od Wrocławia. Właśnie tam, na małym, miłym rancho mieszkała moja przyjaciółka. Miała na imię Kati i była najmasywniejszym i najleniwszym koniem, jakiego znałam. To właśnie ona sprawiła, że rok wcześniej jakoś udało mi się przeżyć śmierc mamy. Ta otyła klacz była również powodem zazdrości wielu moich krewnych.

Nie pochodzę z bogatej rodziny. Jako dziecko mieszkałam z rodzicami w gierkowskim bloku. Ciężką pracą dochodziliśmy do swoich celów. Samochody zmieniało się na nieco lepsze, czasem w rodzinie zdarzała się przeprowadzka. Także moi rodzice się przeprowadzili, a ja przejęłam nasze mieszkanie. Trzy pokoje z kuchnią, łazienka i toaletą. Po remoncie moje lokum nabrało nowych barw i wyładniało. Echa nieprzychylnych komentarzy dało się słyszeć natychmiast. Puściłam je mimo uszu, ale pojawiły się następne. Dotyczyły mojej kariery, stanowiska kierowniczego przed trzydziestką, częstego latania po Europie, samochodu służbowego i w ogóle wszystkiego, czego niektórzy z rodziny będąc w moim wieku jeszcze nie osiągnęli. Albo nigdy nie osiągnęli. Opowiadali, że spijam tylko kawki i latam na wycieczki krajoznawcze. Cóż, na zazdrość trzeba sobie zapracować, myślałam i milczałam. A kiedy kupiłam Kati, wielu nie wytrzymało. Mówiono, że dostałam na głowę i powinnam się leczyć. Ignorowałam i to, w ślad za moją dewizą, że głupotę, której nie można pomóc, należy zignorować. Kati była dla mnie zbyt ważna. To także dzięki niej nie traciłam nadziei na powiększenie rodziny, choć wiedziałam, że w stanie błogosławionym jazda konna nie wchodzi w grę. Tylko, że najpierw trzeba się znaleźć w tym stanie błogosławionym, a z tym było gorzej. Dorwałam wprawdzie tych dwóch lekarzy, ale na spotkanie umówiłam się tylko z jednym. Cóż, pięćdziesiąt procent sukcesu, dobre i to.

Zapach stajni miał w sobie coś niezwykłego. Gdy tylko go poczułam, znikał cały zakręcony świat, a czas znacząco zwalniał. Praca, stres, lekarze odpływali w zapomnienie, a tu był tylko święty spokój. Kiedyś myślałam, że Max też pokocha jeździectwo. Niestety, jego problemy zdrowotne skazały ten pomysł na straty. Do tego, jako potężny mężczyzna stwierdził, że nawet na największym koniu będzie wyglądał jak na ratlerku, więc dałam za wygraną. Kiedyś, siedząc na końskim grzbiecie przygotowywałam w myślach misterny plan mojego życia. Teraz, gdy jego realizacja okazała się problematyczna i nadal mogłam jeździć konno, myślałam o niebieskich migdałach albo śpiewałam na cały las. Albo rozmawiałam sama ze sobą. Ostatecznie to bardzo ważne, by od czasu do czasu zamienić kilka słów z kimś szczególnie inteligentnym. Po kolejnym galopie rozśpiewałam się na całe gardło. Za zakrętem napotkałam samochód, a obok czteroosobową rodziną przygotowującą piknik.

- To pani tak śpiewała? – spytał krępy mężczyzna w okularach.

- Nie, ja nie. – odparłam zabawnie – To koń.

Wszyscy się roześmiali.

- To proszę mu powiedzieć, żeby śpiewał dalej. Ładnie pani w tym kowbojskim kapeluszu.

Często, gdy śpiewałam, spotykałam kogoś w lesie. I zawsze mówiłam, że to Kati tak się drze. De facto lubiłam wyśpiewać z siebie cały stres i wśpiewać nadzieję na powiększenie rodziny. Z tą właśnie nadzieją wróciłam do domu. 


I jak, dotarliście do końca? Jeszcze raz proszę o opinię w komentarzu poniżej.
Serdeczne dzięki :-)
Komentarze zamieszczone na Facebooku skopiowałam i zamieściłam pod artykułem. Kochani, DZIĘKI :-)

Kto ciekawy, w zeszłym roku zamieszczałam już fragment tekstu. OTO LINK.

A książka powstała tutaj:


Pozdrawiam serdecznie,

poniedziałek, 19 wrzesień 2016 09:35

Moja pierwsza książka

Każdy z nas czegoś pragnie, o czymś marzy, z czasem może do czegoś dąży. Ano właśnie! Pytanie brzmi, czy tylko marzymy, czy też przystępujemy do dzieła i realizujemy nasze marzenia. Ja zrealizowałam - napisałam moją pierwszą książkę. Co wydarzy się dalej, zobaczymy, jednak bez względu na to, dopięłam swego :-)


Niełatwa to była droga, za to długa i ciekawa. Zaczęła się już w przedszkolu, kiedy to, nie umiejąc jeszcze pisać opowiadałam grupie wymyślone przez siebie historie. Słuchali wszyscy. W podstawówce pisałam świńskie wierszyki, a w ogólniaku opowieści dla nastolatków, które potem czytała cała klasa, nawet chłopacy. Szkoda, że gdzieś mi przepadły. Potem rzeczywistość zsuwała moje książkowe plany na dalszy plan. Szkoła, praca, miłość, dzieci, zdrowie. W końcu zdecydowałam. Jeśli nie usiądę, nie napiszę, będę później zła sama na siebie. A nie chcę jako dziewięćdziesięcioletnia staruszka siedzieć w prababcinym fotelu i żałować, że czegoś nie zrobiłam. Chociaż mogłam.

I jest! Moja pierwsza książka, poniżej jako manuskrypt. A TUTAJ FRAGMENT - POCZĄTEK.


Pisałam ją kilka lat, wspierana wzlotami i poskramiana upadkami. Przeżyłam wiele radosnych momentów i jeszcze więcej chwil załamania. Wszystkim, którzy mnie wtedy wspierali serdecznie dziękuję. Nigdy Wam tego nie zapomnę.
Teraz przyszedł czas na rozesłanie manuskryptu do wydawnictw i agencji literackich. Czekam. Bez wielkich nadziei, w końcu dużo więcej ludzi książki pisze, niż je czyta. Ale kto wie, jeśli nie spróbujemy, nigdy się nie dowiemy, czy choćby mieliśmy szansę. A sukcesu to już na pewno nie osiągniemy.

Moje pierwsze literackie marzenie spełniłam - napisałam książkę. Kolejnym marzeniem jest ją wydać. Na to, niestety nie mam większego wpływu, więc trzymajcie kciuki :-) A potem, powiem szczerze, bardzo chcę, by Wam się podobała, byście z radością ją czytali.

Kochani, uciekam do kolejnej historii. Wprawdzie obiecałam sobie, że po zakończeniu pierwszego dużego tekstu zrobię krótką przerwą, ale nie mogę. Bez pisania to jak bez miłości, szaro, nudno, beznamiętnie. Więc piszę dalej.

A o czym Wy marzycie?


Pozdrawiam serdecznie,

 

Dział: Troszkę o mnie
niedziela, 26 luty 2017 15:43

Ciasto piastowskie - multi łatwe

Dziś przepis na ciasto piastowskie. Przed laty często przygotowywała je moja teściowa. Teraz zatęskniłam i ja, zastanawiając się, dlaczego przez tyle czasu sama go nie stworzyłam, jest przecież multi łatwe, a więc i doskonałe dla każdej MultiLady. Zobaczcie same.

Ciasto piastowskie - multi łatwe

Składniki - multi niewiele
gotowe biszkopty
1000 g musu jabłkowego, najlepiej z lodówki i
11 płatków (łyżeczek) żelatyny
400 ml śmietany kremówki, również z lodówki i
5 płatki (łyżeczek) żelatyny
50 - 150 g cukru (jak kto lubi)
Kakao do posypania (może być napój czekoladowy w proszku)
Co do żelatyny, zdecydowanie wolę używać jej z płatkach. Łyżeczki są różne i potem mamy niespodziankę, a płatek to płatek.

Przygotowanie - multi łatwe
Żelatynę namaczamy w dwóch małych garnuszkach, 11 płatków (łyżeczek) w jednym, 5 płatków (łyżeczek) w drugim, w takiej ilości wody, która dokładnie  je pokryje (ok. 100 ml). Gdy żelatyna wchłonie wodę i płatki napęcznieją, stawiamy garnuszki na małym ogniu lub płycie ustawionej na 2-3, by żelatyna się rozpuściła. Od czasu do czasu mieszamy.

Biszkopty układamy w niczym niewysmarowanej tortownicy tak, by dokładnie przykryły dno.

11 rozpuszczonych płatków żelatyny powoli dodajemy do musu jabłkowego, jednocześnie miksując. Ja nie czekam, aż żelatyna ostygnie, wlewam gorącą. Masę jabłkową wylewamy na biszkopty.

Śmietanę ubijamy na sztywno, w trakcie dodając cukier. Do ubitej śmietany wlewamy 5 rozpuszczonych, gorących płatków żelatyny, również jednocześnie miksując. Masę śmietanową przekładamy na mus jabłkowy.

Całość posypujemy kakao używając małego sitka i łyżeczki. Nasze ciasto piastowskie odstawiamy w chłodne miejsce i czekamy, aż żelatyna zwiąże mus i śmietanę. U mnie było to ok. godzinę. Po tym czasie każda MultiLady zamyka się w kuchni, by przystąpić do pierwszego testu i sprawdzić, czy przepis na ciasto piastowskie się sprawdził. Pewnie, że się sprawdził, bo niby dlaczego nie.

Nie wiem, jak Wy, ale ja bywam wyrodną matką i za zamkniętymi drzwiami sama czyszczę palcem formę dokonując przy tej okazji wstępnej degustacji. Myślę, że niejedna z nas czasami tak ma.

Potem pozostaje już tylko gwiazdka ...

... i do dzieła. Pycha, najnormalniej w świecie pycha. 

 


Każdej MultiLady i wszystkim delektującym się naszym ciastem piastowskim życzę smacznego. Zajrzyjcie za parę dni, a na pewno znajdziecie następny przepis.

Pozdrawiam słodko,

Dział: Ciasta i torty
środa, 05 marzec 2014 15:42

Multilady - portet normalnej kobiety

Multilady. Uważam, że to określenie idealnie ukazuje portret każdej kobiety. Spytacie dlaczego? Odpowiedź na to pytanie wszystkie znamy. Nasze życie jest tak złożone, tak pełne zadań, funkcji i obowiązków, że często zapominamy, jak wiele staje się naszym udziałem.

Poza tym, że jesteśmy po prostu sobą, mamy jeszcze mnóstwo kobiecych funkcji. Jesteśmy żonami, partnerkami, mamusiami, kucharkami, dietetyczkami, modelkami, sprzątaczkami, kierowcami, dekoratorkami wnętrz, nauczycielkami, piosenkarkami, malarkami...

Już wystarczy? Jeśli tak, przejdź do następnego akapitu, jeśli nie, to już mówię. Jesteśmy jeszcze krawcowymi, szwaczkami, projektantkami mody, ogrodniczkami, tłumaczkami, psychologami, lekarzami, pielęgniarkami, salowymi, zaklinaczkami dzieci, kombinatorkami...
A gdzie życie zawodowe?

Również ja jestem jedną z milionów kobiet, które spokojnie mogą przypisać sobie wszystkie powyższe funkcje, plus jeszcze morze innych. Życie nigdy nie oszczędzało mi wyzwań i niespodzianek. Choć planowałam jedno, otrzymywałam drugie. Choć w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałabym się, że ... , jednak właśnie TO mnie spotkało.

W niektórych krajach ludzie mawiają, że wszystko dobre, co potrójne. Ja mogę złożyć życiu potrójne podziękowanie.

Pierwsze za optymizm, kreatywność i siłę jaką mnie obdarzyło.
Drugie za związek z moim Bossem, jak żartobliwie nazywam mojego szanownego małżonka, związek często niełatwy, a jednak trwały i pełen miłości.
Trzecie, największe podziękowanie dedykuję moim dzieciom, trzem kochanym dziewczynkom, które przyszły na nasz świat tego samego dnia. Trojaczki.

Tak, to prawda, że wszystko dobre, co potrójne.

Na tej solidnej, nie czarujmy się ;-) podstawie powstał mój multi portret kobiety, portret Multilady. Powstaje dalej, bo przecież życie sobie płynie, a ja chętnie zabieram się z nim zapraszając Was jednocześnie na wspólną multi wyprawę, tak naprawdę chleb powszedni każdej z nas.

Wszystkim życzę wiatru w żagle (jestem również żeglarką) i serdecznie pozdrawiam,

 

 

środa, 05 marzec 2014 15:40

Co na stłuczenie

Ach, jak łatwo do niego dochodzi. Wcale nie trzeba być sportowcem, przykra niespodzianka może nas zaskoczyć we własnym domu. Stłuczenie. Tutaj znajdziecie parę metod, jak się ratować.

I jeszcze drobne info. Dziś (14.10.2016) uzupełniam artykuł dodając na jego końcu kolejne znalezione metody.
Do tego jeszcze własne, sprawdzone doświadczenie. Mi najlepiej pomaga twaróg lub serek homogenizowany z drobno pokrojoną kapustą białą i miodem. Jak przygotowujemy okład pokazują zdjęcia w dalszej części artykułu.

To nie był przyjemny dzień. Jakiś taki chaotyczny, nerwowy. Jak na złość moje Trojaczki wykonywały każdą czynność trzy razy dłużej, niż zwykle, a nasze trzy kotki największą przyjemność znalazły w zabawie zawartością śmietnika pod biurkiem jednego z dzieci.  Jego zawartość sumiennie rozprowadziły po całym pokoju. Kroplą przelewającą czarę goryczy, mojej, rzecz jasna, było to, że dziewczynkom cały ten syf w ogóle nie przeszkadzał. Siedziały sobie spokojnie przy biurkach i multi skoncentrowane nad swoimi sprawami. I … nie wytrzymałam. Stojąc w drzwiach pokoju głośno i dobitnie wyraziłam swoje zdanie. Nie będę wnikać w szczegóły jak głośno i co konkretnie usłyszały moje dzieci. Może poza tym, że wściekałam się o stracony czas. By go choć trochę nadrobić chciałam jak najprędzej popędzić dalej. Odwracając się tak przygrzałam prawą stopą w futrynę, że moim oczom ukazały się najdalsze zakątki wszechświata, a przez głowę przeleciały takie klątwy, że największe penerstwo naszych czasów wysiada. Ciąg dalszy nastąpi …

Co dzieje się w ludzkim wnętrzu, gdy dochodzi do stłuczenia

Silne zderzenie naszego ciała z twardą powierzchnią prowadzi do uszkodzenia naczyń krwionośnych, konkretnie naczyń włoskowatych, które docierają do każdej komórki naszego ciała. W wyniku tego uszkodzenia z naczyń włoskowatych wydostaje się krew. Rozlewając się wśród okolicznych tkanek i szczelin powstałych na skutek uderzenia uciska na końcówki nerwowe, co skutkuje uczuciem silnego bólu. Stłuczenie kości teoretycznie boleć nie powinno, przecież kości nie bolą, tu jednak dochodzi do uszkodzenia okostnej, bardzo ukrwionej i unerwionej błony pokrywającej nasze kości.

Objawy

Efektem stłuczenia jest silny ból, krwiak zwany też siniakiem oraz opuchlizna. Nie każde stłuczenie musi odznaczać się wszystkimi objawami i nie muszą one pojawić się ani od razu ani jednocześnie.

Ciąg dalszy następuje …
Bolało, choć tak długo, jak byłam w ruchu, dało się z tym żyć. Gorsze przyszło wieczorem, a prawdziwa tragedia nawiedziła mnie w nocy, choć moja stopa leżała dużo wyżej, niż cała ja. Ból stał się nie do zniesienia, a stopa trochę spuchła. Nie pomagała maść arnikowa ani żadne kremy przeciwbólowe, a o chodzeniu nie było mowy. Powierzchnie płaskie pokonywałam na czworakach, a schody, tak w górę, jak i w dół na tyłku. Kolejny poranek powitał nas w szpitalu. Diagnoza? Stłuczenie. Mam leżeć, nic nie robić, smarować stopę maściami przeciwbólowymi i odczekać. I wszystko fajnie, tyle, że maści nie przynosiły ulgi. A co przyniosło? Domowe metody stosowane przez moje babcie plus porady rodziny i znajomych, których obdzwoniłam jeszcze tego samego dnia. Produkty naturalne i takie z apteki, chłodzenie, ogrzanie, ciasne bandażowanie, masaże, ach, prawie wszystko przetestowałam. Ciąg dalszy nastąpi …

Co pomaga

LIŚCIE KAPUSTY
To dość popularny sposób babuni. Świeżymi liśćmi kapusty obkładamy obolałe miejsce, bandażujemy albo zakładamy skarpetę. Liście zmienia się co 3-4 godziny. Gdy widzimy, że brzegi zbrązowiały, również należy sięgnąć po świeże. Dobrze, gdy kapusta jest z lodówki, wtedy liście ładnie chłodzą. W miarę możliwości, jeśli da się to wytrzymać, warto ciasno obandażować okład bandażem elastycznym, a nie tylko tak, by się trzymał.


SEREK HOMOGENIZOWANY, LIŚCIE KAPUSTY I MIÓD

To już nie jest bardzo znana metoda. Serek homogenizowany z lodówki łączymy z drobno pokrojonymi liśćmi kapusty i miodem. Taki klajster grubo nakładamy na obolałe miejsce, w miarę możliwości z każdej strony, zabezpieczamy folią, na to przychodzą stare ścierki i bandaż lub stara skarpeta. Okład ten można nosić o wiele dłużej. Ja zdjęłam, gdy zaczął mi przeszkadzać, a było to po prawie sześciu godzinach.

  

MASAŻ
Ma łagodzić ból, bo już sam w sobie jest relaksacyjny. I łagodził, ale w moim przypadku dopiero po dwóch dniach, gdy ból zelżał na tyle, że nie musiałam zaciskać zębów dotykając stopy. Wtedy to bodźce dotykowe spowodowane masażem wyprzedzają bodźce bólowe i docierają do naszego mózgu prędzej. Moja babcia mówi też, że masaż przyspiesza wchłanianie przez organizm rozlanej w stłuczonym miejscu krwi.

CIEPŁE OKŁADY
Moja znajoma poleciła najpierw chłodzić, ale już w drugim dniu przykładać ciepłe okłady z samej wody albo wody połączonej z Altacetem. W moim przypadku pomogły, ale dopiero po kilku dniach, pomagają i teraz, bo stopa, niestety, nadal boli. Owijam ją poduszką elektryczną nastawioną na najwyższą moc. Miłe uczucie.

RUCH
To zdanie mojej sąsiadki. Klina klinem, mawia. Jeśli jesteśmy w stanie jako tako się ruszać, poleca, by w miarę możliwości nie oszczędzać stłuczonego miejsca. Będąc w akcji powinno szybciej wrócić do siebie. Nie mówię nie, choć nie wiem, czy ból szybciej by minął, gdybym oszczędzała stopę.

Co jeszcze znalazłam, szukając naprędce, z obolałą stopą.

KWAŚNA WODA
Znane są też chłodne okłady z kwaśnej wody, do której dodajemy ocet. Stołową łyżkę na 100 ml, tak polecała sąsiadka. Nie zastosowałam. Uznałam, że serek homogenizowany jest wystarczająco kwaśny.

SODA OCZYSZCZONA
1 łyżeczkę sody oczyszczonej dodajemy do 100 ml wody, wylewamy na gazę i przykładamy mocno bandażując.

CZOSNEK Z OLIWĄ
Któż by przypuszczał … W zależności od wielkości stłuczenia rozcieramy parzystą ilość średnich ząbków czosnku. Oliwę dodajemy łyżką, ilość łyżek jest połową ilości ząbków czosnku. I tak na sześć ząbków przypadają 3 łyżki oliwy.

UTARTY ZIEMNIAK
Ziemniaka ucieramy na tarce tak, jak na placki ziemniaczane, nakładamy na gazę i przykładamy na obolałe miejsce. Ziemniak, utarty lub w plasterkach podobno łagodzi też siniaki.

ARNIKA W MAŚCI LUB W ŻELU
Moje babcie zawsze miały w szafce maść arnikową, którą smarowały stłuczone miejsca. Do żeli się nie przekonały. Te, choć szybciej się wchłaniają, mają mniejszą zawartość leku, mawiały. I tak zostały przy maści, podobnie, jak i ja. W tym przypadku maść arnikowa nie przyniosła mi jednak większej ulgi.

INNE ŻELE
Wiele ich w aptekach, jednak największą popularnością cieszy się Altacet w żelu.

SUCHY LÓD
Polecany przez wiele osób, jednak nie wypróbowałam, bo pomogły inne metody.

PLASTRY CHŁODZĄCE
Kupujemy w aptece i po prostu naklejamy.

CO JESZCZE
Tu właśnie uzupełniam artykuł o znalezione kolejne metody.

Szukaj, a znajdziesz, zapytaj, a odpowiedzą ci, zatelefonuj, na pewno odbiorą. I tak oto dowiedziałam się, co pomaga na stłuczenia. Przyznam, że w razie potrzeby jest się czym ratować. Zobaczcie sami.

CIASNE BANDAŻOWANIE
Jeśli nie wyjemy przy tym z bólu, pomocne jest ciasne obandażowanie stłuczonego miejsca. Muszę przyznać, że twórca tej metody, kimkolwiek był, ma rację.

MAJERANEK Z MIODEM
Liście majeranku (świeże - posiekane lub suszone) mieszamy z miodem tak, by mazidło było ciemne. Z takiej mieszanki przygotowujemy okład, który pozostawiamy na kilka godzin.

CZOSNEK Z OLIWĄ
Kilka ząbków czosnku rozgniatamy na masę, najlepiej wyciskaczem do czosnku. Dodajemy oliwę z oliwek (może być również olej), mazidło przekładamy na gazę i taki okład przykładamy na obolałe miejsce, zabezpieczając bandażem. Kompres pozostawiamy na kilka godzin.

NATKA PIETRUSZKI Z BIAŁKIEM
Natkę świeżej pietruszki drobniutko siekamy i mieszamy z ubitym na sztywno białkiem. Miksturę rozprowadzamy na gazie, którą przykładamy następnie do stłuczenia lekko zabezpieczając bandażem.

CIEPŁY OKŁAD Z KARTOFLI
Wiemy już, że zdania uczonych są podzielone. Chłodzić, czy ogrzewać, oto jest pytanie. Z mojego doświadczenia wynika, że najpierw chłodzić, a po dwóch trzech dniach ogrzewać. Bardzo polecany jest ciepły okład z kartofli. Ich kilogram gotujemy w łupinkach, koniecznie bez soli. Gdy zmiękną, rozgniatamy kartofle możliwie drobno, układamy na starym ręczniku, ściereczce, albo co tam mamy i przykładamy do bolącego miejsca.  Pozostawiamy do ostygnięcia. Jeśli ziemniaki są dla nas za gorące, kładziemy na nie ręcznik albo ściereczkę. Gdy trochę ostygną, można ją zdjąć.

DZIURAWIEC
Kwiaty dziurawca (świeże lub suszone) zalewamy gorącą wodą tak, by całkowicie przykryła kwiaty i gotujemy na malutkim ogniu dziesięć minut. Po odcedzeniu z kwiatów przygotowujemy kompres, przykładamy na obolałe miejsce i pozostawiamy na kilka godzin.

KWIATY ARNIKI Z ALKOHOLEM
Kwiaty arniki, świeże lub suszone, zalewamy alkoholem tak, by je całkowicie pokrył i zostawiamy na minimum 24 godziny. Po tym czasie odcedzamy, przygotowujemy kompres, przykładamy na nasze boleści i pozostawiamy na kilka godzin. Wyjaśniono mi, że kwiaty arniki leżące dłużej w alkoholu (najlepiej dwa dni, maksymalnie trzy) lepiej działają. Nikt w potrzebie nie będzie jednak tak długo czekać, więc należy przygotować więcej lekarstwa i sukcesywnie, dzień po dniu używać.

MIESZANKA DLA SPORTOWCÓW ALBO NA DŁUGOTRWAŁE STŁUCZENIA
Po 20 gram szałwii, arniki i hyzopu lekarskiego zalewamy wódką żytnią i pozostawiamy na 10 do 14 dni. Po odcedzeniu alkoholu mieszankę ziołową dokładnie rozdrabniamy, taką masę przykładamy na stłuczenie pozostawiając na 12 godzin. Ponoć mieszanka działa fantastycznie. Niestety, na dwa tygodnie przed stłuczeniem nie możemy wiedzieć, że do niego dojdzie. Preparat dobry na obozy kondycyjne, gdzie prawdopodobieństwo tego typu wypadków jest dość spore lub w przypadku stłuczeń, które długo nie odpuszczają, a my wypróbowaliśmy już wszystko.

KORZEŃ ŻYWOKOSTU LEKARSKIEGO
100 g korzeni żywokostu lekarskiego zalewamy gorącą wodą i gotujemy na małym ogniu ok. 15 minut. Po tym czasie odcedzamy z korzeni przygotowujemy okład i pozostawiamy na stłuczeniu przez kilka godzin. Korzeniowej herbaty nie wylewamy, po lekkim podgrzaniu i ją można przykładać, nasączając watę lub gazę.

UWAGA NA ASPIRYNĘ I IBUPROFEN
Oba preparaty powodują obniżenie krzepliwości krwi, co powoduje, że ta łatwiej wydostaje się z uszkodzonych naczyń krwionośnych, co sprawia, że wylew podskórny, zamiast powoli znikać, powiększa się.

Przyznam, że znalazłam jeszcze kilka metod, jednak nie zamieszczam ich ze względu na stopień skomplikowania i cenę. Nikt z potrzebie nie będzie jeździć do apteki po np. olej z jojoby, a potem jeszcze do sklepu zielarskiego po zioła, o których nigdy jeszcze nie słyszał. Kapusta, pietruszka z białkiem albo arnika to dużo prostsze metody. Tak, czy siak, życzę nam wszystkim, byśmy nigdy nie musieli po nie sięgać.

Ciąg dalszy następuje …
Od stłuczenia minęło prawie dwa i pół tygodnia. Boli, owszem, ale mogę spokojnie chodzić. Przedwczoraj zaryzykowałam nawet narty. W pierwszej godzinie stopa spuchła i już miałam stracha, że jeszcze trochę, a rozsadzi mój but. Jednak zacisnęłam zęby i w myśl za poradą "klina klinem" zjechałam jeszcze dwa razy. Opuchlizna zniknęła, dzięki czemu i ból zmalał. Kiedy w ogóle zniknie? No właśnie:

- Babciu, jak długo boli takie stłuczenie?
- Oj długo, dziecko, długo.

- Pani doktor, a kiedy ból ustąpi?
- Jak mu się spodoba.

I bądź tu mądry …

Przyznam, że temat metod pomocnych przy stłuczeniu bardzo mnie zaciekawił. Poszperam, popytam, podzwonię i za kilka dni podzielę się efektami poszukiwań.

Pozdrawiam serdecznie,

Nie znam dziecka, które na naleśniki kręciłoby nosem, a i wielu dorosłych bardzo lubi to danie. I choć wielu krzyczy, że są niezdrowe, ja się z tymi opiniami nie do końca zgadzam. Dziś przedstawiam Wam przepis na pancakes w naszym zdrowym wydaniu.

Dla mnie naleśniki wcale nie są aż takie niezdrowe, bez względu na to, czy grube, czy cienkie. Dlaczego? Zawierają mleko i jajka – jedno i drugie niekoniecznie lubiane przez wszystkie dzieci w wersji solo, za to w tutaj, w naleśnikowych wariacjach jak najbardziej.

Pancakes w naszym wydaniu wprost uwielbiam. Uważam też, że jest to zdrowe jedzenie, gdyż mogę przemycić w nich banany nielubiane przez dwójkę moich dzieci i orzechy znienawidzone przez wszystkie. Ale nie w pancakes, które, poza tym, że zdrowe, są jeszcze przepysznym daniem. Sami zobaczcie. Przepis już pod zdjęciem.

 

 

Grube naleśniki, czyli amerykańskie multi ;-) pancakes

Składniki podstawowe (na ok. 4 sztuki)
3 jajka
100 g cukru
litr mleka
¾ kg mąki (gdy jajka są duże, może być trochę więcej)
czubata łyżeczka proszku do pieczenia

Dodatki – taaak, tu można trochę powymyślać
jabłka
banany
gruszki
śliwki
maliny
rodzynki
mielone orzechy
mak
wiórki czekoladowe
wiórki kokosowe i co Wam jeszcze przyjdzie do głowy, byle nie za bardzo soczyste, bo rozcieńczy ciasto

Do smażenia potrzebujemy olej albo margarynę, jak kto lubi.

Przygotowanie – bez filozofii
Jajka miksujemy z cukrem na puszystą masę, dodajemy mleko, mąkę i proszek do pieczenia. Ciasto powinno być gęste.
Owoce myjemy, obieramy ze skórki, usuwamy pestki, gniazda nasienne etc, kroimy w kostkę i dodajemy do ciasta, bakalie również.

Patelnię rozgrzewamy wcześniej na średnim ogniu lub na średniej mocy (u mnie zawsze na 5). Na rozgrzaną patelnię nakładamy 3-4 nabierki ciasta i smażymy.

UWAGA!!! Teraz potrzebujemy trochę cierpliwości. Nie zwiększamy gazu albo mocy, bo powierzchnia się spali, a nasz pancake w środku będzie surowy. Trzeba poczekać tak długo, aż spód stanie się lekko brązowy, jak na trzecim zdjęciu poniżej. Często góra jest wtedy jeszcze trochę lejąca i by przełożyć pancake na drugą stronę nie da się go podrzucić. Ja przełożenie wykonuję za pomocą dwóch dużych łyżek łopatkowych. Wprawdzie czasami z atrakcjami, jednak zawsze poradzę.


Gdy i druga strona ładnie się przyrumieni, możemy podawać. Moje Trojaczki uwielbiają pancakes ze śniegiem – cukrem pudrem sypanym przez sitko z dużej wysokości (wszystko wokół też jest białe ;-), z kremem czekoladowym, a najbardziej z marmeladą truskawkową albo malinową, którą we cztery robimy. Mmm, palce lizać.

O, sami zobaczcie, mleko, jajka, fura owoców, druga fura bakalii. I choć takie niezdrowe miały być te pancakes, dla mnie to zdrowe jedzenie. Łatwy przepis, przepyszne danie, po prostu żyć, nie umierać.

Mniam i smacznego.

A tak na marginesie, przy okazji pisania o pancakes ożyły pewne wesołe wspomnienia. Pośmiać można się tutaj.

Pozdrawiam,

Dział: Obiadkowo
środa, 05 marzec 2014 15:33

Hortensje naleśnikiem nawożone

Właśnie podzieliłam się z Wami przepisem na grube naleśniki, czyli amerykańskie pancakes. Jest w nim mowa m.in. o podrzucaniu w celu przełożenia na drugą stronę. Oj, było raz multi wesoło.

Gdy zamieszczałam przepis na grube naleśniki, czyli amerykańskie pancakes, ożyły wspomnienia. Zawsze, kiedy wracam myślami do tamtych chwil, nie ma wyjścia, muszę się śmiać. A było to tak.

Nigdy nie miałam problemu, by przerzucić na drugą stronę zwykłe, cienkie naleśniki. Moje Trojaczki często zakładały się, ile będzie obrotów w powietrzu. Dwa, czasami trzy, przy ewolucji z czterema łapałam naleśnika tuż nad podłogą. Ale złapałam, jak na Multilady przystało, hi, hi 
Gdy przyszedł czas na pancakes, nie było już tak łatwo przerzucić je na drugą stronę. Jak pisałam w przepisie, dół już ładnie usmażony, a góra jeszcze trochę lejąca. I przerzuć tu, oczywiście tak, by nie pobrudzić ani dzieci, ani niczego wokół (przede wszystkim ścian i sufitu – mój Boss by się ucieszył ...), ani siebie. Wpadłam więc na multi fenomenalny pomysł, że ewolucję przerzucania będę wykonywać na zewnątrz. Jak coś ochlapię, od razu potraktuję to z konewki i po krzyku. Ot, taki multi pomysł. Nie uwierzycie, nawet kilka razy mi się udało, a muszę podkreślić, że taki pancake swoje waży. Mimo to pięknie obracał się w powietrzu i spadał na patelnię. Nie zawsze centralnie i czasami coś tam po drodze oznaczył, ale na patelni pozostał. Niestety, nie za ostatnim razem, gdy znów chciałam spróbować swych zdolności żonglowania naleśnikiem. Nie pytajcie mnie, dlaczego mi się wtedy nie udało, sama nie wiem. Piękny, gruby, na pół usmażony pancake zamiast spaść na patelnię tylko się o nią otarł, brudząc jej wnętrze, zewnętrze, uchwyt, moją rękę, rękaw, nogawkę, but i kawałek chodnika, by ostatecznie wylądować w hortensjach. Oczywiście płynną stroną do dołu.

Tu zdjęcie jeszcze sprzed wypadku :-)Tu zdjęcie jeszcze sprzed wypadku :-)

- Mamuś, złapałaś go? – dotarł do mnie głos z kuchni – Bo my jesteśmy głodne.
- Cholera jasna!!! – klęłam, jak stary szewc, rozglądając się, czy przypadkiem nie miałam widowni – Nie, tym razem nie złapałam. Ale to nic, zaraz usmażę wam nowego.
Cała trójka wyległa na zewnątrz.
- A nie da się nic uratować? Może go pozbieramy i opłuczemy?
- Nie, dziecko, nie. Zobacz, jaka kaszana.

Gdyby nie głód moich Trojaczków, na pewno zrobiłabym zdjęcie. A tak zabrałam się za smażenie kolejnego pancake.

Hortensjom nawóz nie przypadł do gustu i tamtego roku, z zemsty nie zakwitły. Pytałam potem o ich pielęgnację, przede wszystkim zimowanie, na moim blogu. Wanilka, jeszcze raz dzięki za wszystkie porady. Zobaczymy, czy po ich wykorzystaniu hortensje zakwitną nadchodzącego lata. Warto podkreślić, że nawozu naleśnikowego już nie dostają.

Potrzeba matką wynalazków, więc rozwinęłam metodę przekładania grubych pancakes za pomocą dwóch łopatkowych łyżek. Działa. A widoku hortensji skąpanych w cieście i przyozdobionych naleśnikowymi kawałkami nie zapomnę do końca życia.

Pozdrawiam i życzę Wam samych przyjemności,

 

Nasze pasje - TOP 5

Najnowsze artykuły

  • Niespodzianka z marketu

    Niespodzianka z marketu

    Każda mama cieszy się na prezenty - kosmetyki otrzymane od dzieci, ale ... często ich nie używa....

  • Uwaga na takie przypadki

    Uwaga na takie przypadki

    Robimy coś ostrym narzędziem, ostrożnie, tak, jak zawsze. Nagle CIACH! Zacięliśmy się. Trudno....

  • Lakier bez odprysków

    Lakier bez odprysków

    Dziewczyny, znacie to? Siedzimy, robimy sobie piękny manicure, lakierujemy paznokcie ulubionym kolorem,...

Polecamy


Previous
Next