środa, 12 październik 2016 09:58

"Jeden strzał, trzy gole" - fragment

Pisałam Wam już o mojej książce - marzeniu, które spełniłam. Super się poczułam, gdy dostałam maila z prośbą o udostępnienie fragmentu w necie. Którego, jak długiego? Dobre pytanie! Natasza zdecydowała, poniżej pięciostronicowy początek. Jestem ciekawa, czy Wam się spodoba :-)

I prośba. Proszę o Waszą opinię pod tym artykułem. Jeśli macie sugestie, coś Wam się super podoba, albo makabrycznie nie podoba, piszcie koniecznie, w komentarzu pod artykułem. Jeśli gdzieś wkradł się błąd, również. Serdeczne dzięki. 

A na końcu artykułu zamieszczam fotkę miejsca, gdzie powstała książka :-)

 

Jeden strzał, trzy gole



I.         Wrocławskie interesy
 

 

Polka i Saksończyk na polskich drogach. W niemieckim samochodzie. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego, myślałam jadąc wraz z Maxem do Warszawy na serię służbowych spotkań. Lubiłam jego auto, to również tutaj zaczęło między nami iskrzyć. Najpierw delikatnie i wstydliwie, przecież oboje byliśmy przeciwni relacjom damsko – męskim na gruncie służbowym. Z czasem, gdy uczucie niepostrzeżenie rozkwitało, coraz mocniej i odważniej. Często, niby przypadkiem nasze łokcie delikatnie się dotykały. A reakcja? Rozmawialiśmy dalej udając, że tego nie widzimy.

- Cholera jasna! – krzyk Maxa wyrwał mnie ze świata marzeń.

- Co się stało? – spytałam półgłosem.

- Policja! Zatrzymali nas! – Max zjechał na pobocze.

Znowu policja. Tym razem nie wiedziałam, czy Max przekroczył dozwoloną prędkość. Wcześniej czasami faktycznie przekraczał, a czasami zatrzymywano nas za niemieckie numery i nowiutkiego Passata Kombi.

- Jechałeś za szybko? – spytałam nerwowo, chcąc poznać fakty przed starciem z polską drogówką.

- Nie! Na pewno znów chodzi o forsę!

W międzyczasie dwóch policjantów stanęło koło naszego auta. Jeden z nich zastukał w szybę.

- Czy pan kierowca mógłby okazać nam stosowne dokumenty? – spytał w miarę przyjaźnie.

Pokornie przetłumaczyłam Maxowi prośbę polskiej władzy. Wściekły podał funkcjonariuszowi prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Ten nadzwyczaj powoli przystąpił do ich przeglądania. A niech go gęś kopnie! Co takiego nietypowego jest w papierach, które powinien dobrze znać nawet, jeśli są niemieckie? Również moje ciśnienie gwałtownie podskoczyło.

- Marion, nie jechałem za szybko. – burknął i wysiadł zapalając papierosa. Wysiadłam za nim.

- A ile jechałeś?

- Oj nie wiem dokładnie! – jego angielski znów zyskał na sile, a kruczoczarne włosy najeżyły się tak, że urósł do rozmiarów niedźwiedzia grizli, choć i bez tego Max był potężnym facetem. Obaj policjanci spojrzeli na nas pytająco.

- Czy wiecie państwo, za co zostaliście zatrzymani? – spytał starszy rangą funkcjonariusz.

Odpowiedź sama cisnęła się na usta. Zostaliśmy zatrzymani za niemieckie numery, a wy chcecie od nas kasę, bębniło w mojej głowie. Rozum zwyciężył.

- Szczerze mówiąc nie. – odpowiedziałam spokojnie.

- Pan wyprzedzał na zakazie. – odparł policjant.

Przetłumaczyłam. Max spojrzał na mnie zrezygnowany. Jechaliśmy przez wieś za traktorem i Max faktycznie go wyprzedził. Już otworzyłam usta, by wytłumaczyć motywy kierowcy, gdy Max warknął:

- Jest za zimno! Wsiadaj do auta!

Posłuchałam. Burzę moich długich, kasztanowych loków rozwiał wiatr, a oczy wypełniły łzy. Już przez zamknięte drzwi usłyszałam głos jednego z policjantów:

- Daj im spokój. Przecież wiesz, jaki wieczór będzie dziś miała ta pani.

Taka wypowiedź solidnie mnie zaskoczyła. Ależ oni mają opinię o tych Niemcach! Ostatecznie oddali Maxowi dokumenty i pozwolili jechać. Więc jechaliśmy, bez słowa i pod okrutną presją czasu. Spóźnienie oznaczało samobójstwo.

- Faktycznie byłeś wściekły, czy tylko udawałeś? – spytałam z szelmowskim uśmiechem.

- Jedno i drugie. Wiedziałem o tym wyprzedzaniu.

- A żeby cię świnia powąchała! Dlaczego nie powiedziałeś, tylko zmyślałeś mi jakieś farmazony?

Max tylko machnął ręką. Ach, ci mężczyźni! Czy kiedykolwiek dojdzie do porozumienia na linii damsko – męskiej? Pewnie nie, ale teraz to nieważne. Najważniejsze, że jedziemy.

Droga do Warszawy ciągnęła się w nieskończoność. Brak autostrad w naszym kraju podnosił ciśnienie wszystkim kierowcom, a o stanie dróg od dawna chodziły dowcipy. Niestety, wielu ludzi życiem przypłaciło nieudolność polskich władz. Nas tamta wyprawa kosztowała więcej nerwów, niż najgorsze spotkanie rady nadzorczej, ale zdążyliśmy. Do restauracji, gdzie mieliśmy zjeść kolację z naszym potencjalnym klientem dotarliśmy pierwsi.

- Poproszę kobiecego drinka z potężną zawartością wódki. – zwróciłam się do kelnerki.

Pokaźna ilość alkoholu wypita nawet na oczach rekina branży była najlepszym rozwiązaniem. Przy stanie moich nerwów nawet pół litra spożyte duszkiem nie powaliłoby mnie z nóg. Co gorsza, mogłam pić, ile tylko chcę. I tak znowu nie byłam w ciąży, choć wydawało mi się, że więcej w tej sprawie zrobić już nie można. Później okazało się, że owszem, można. Jednak tamtego wieczoru nie miało to znaczenia. Alkohol mnie uspokoił, a spotkanie przebiegło gładko. Po nim marzyłam tylko o łóżku. Już od rana miał nastąpić ciąg dalszy batalii o nowe kontrakty. I  o dziecko.

Po czterech dniach przepracowanych w Warszawie, zjechaliśmy do Wrocławia. To tu znajdowała się siedziba Credo i Partnerzy, firmy, dla której oboje pracowaliśmy. Zajmowaliśmy się wszystkim, co miało związek z podróżowaniem. Obsługiwaliśmy biura turystyczne, ubezpieczycieli, koncerny samochodowe, statkowe i żeglarskie, lotniska, porty. Zakres działalności firmy Credo i Partnerzy był tak złożony, że nikt tu nie wiedział, co to nuda. Moim zadaniem było zbudowanie skutecznie działającego działu marketingu i sprzedaży. Pozyskiwałam nowych klientów, by w następstwie nadzorować ich obsługę, oraz koordynowałam współpracę z podwykonawcami. I tak, jak wszyscy, nigdy się nie nudziłam.

Piątkowego ranka Max i ja stawiliśmy się w firmie. Osobno. Z jednej strony lubiłam taki tydzień pracy, z drugiej nie. Lubiłam, bo po ciężkiej harówce w Warszawie zostawał tylko jeden dzień do weekendu. Albo i nie. Zdarzało się też pracować w niedziele. Nie lubiłam, bo zawsze nagromadziło się mnóstwo niecierpiących zwłoki spraw, które należało obrobić właśnie w piątek. A tu na dwunastą Max zwołał tajne spotkanie zarządu. Dwie minuty przed południem w sali konferencyjnej czekali już dyrektor finansowy i szefowa operacyjna.

- Cześć Marion. Jak było w stolicy? – spytał Anton, nasz główny finansista.

- Tak, jak zawsze. – odpowiedziałam obojętnie, ukrywając prawdę.

- A jak spotkania? – Anna, operacyjna, popatrzyła na mnie pytająco, mierząc od stóp do głowy z zazdrością, że ja schudłam, a ona nie. – Tak długo was nie było.

Zawsze w takich momentach wyczuwałam ten cichy podtekst. Max i ja byliśmy ze sobą potajemnie. Bo do czego to podobne, by pan dyrektor generalny z panią dyrektor marketingu i sprzedaży... Więc była to tajemnica Poliszynela.

- Spotkania też tak jak zawsze. Byłaś na kilku, to pewnie pamiętasz, jak to jest. – zgasiłam ją.    Naszą rozmowę przerwało wejście Maxa z Barbarą, jego asystentką u boku.

- Witam państwa. – powiedział z uśmiechem Rudolfa Valentino – Proszę siadajcie.

            Zamieniliśmy się w słuch.

- Jak wiecie, – zaczął oficjalnie – Marion i ja spędziliśmy ostatnie dni w Warszawie, gdzie spotkaliśmy się z kilkoma ważnymi osobami.

Na twarzach zebranych widniał wyraz oczekiwania. Wszyscy wiedzieli, że spotkania z CornerCo były głównym celem tego wyjazdu. CornerCo był największym holdingiem turystycznym w Polsce i za podpisanie głównego kontraktu serwisowego właśnie z nim każdy nasz konkurent bez wahania zaprzedałby duszę diabłu.

- Jedną z tych osób – ciągnął dalej nasz wódz – jest prezes wiodącego przedstawiciela branży, pan Corner. Nie ukrywam, że spotkanie z nim było naszym najważniejszym i najowocniejszym. Chciałbym Wam pokazać list intencyjny, który podpisaliśmy z CornerCo we wtorek, po poniedziałkowej, jakże ważnej kolacji.

Cień uśmiechu przebiegł po twarzy Maxa. Po mojej też.

- W lipcu podpisujemy z nimi kontrakt na obsługę serwisową, o który walczyliśmy od dwóch lat, a współpracę zaczynamy od nowego roku.

Rozbrzmiały oklaski, wybuchły śmiechy.

- Marion, wiedziałaś i nic nie powiedziałaś! – Anton wycelował we mnie swój chudy palec. Czekaj no padalcu, pomyślałam w duchu.

- Pewnie, że nie. – odparłam z uśmiechem. – W końcu jestem tu od robienia, a nie od mówienia, kochany.

Wymianę zdań zagłuszył wystrzał szampana. Firmowe toasty na rzecz nowego klienta ceniłam sobie bardziej, niż premię bożonarodzeniową. Było to uwieńczenie pierwszego, z reguły najdłuższego etapu pracy, jakim było podpisanie kontraktu. Jego przedłużenie miało dużo większą wartość, pokazywało bowiem, że wszystkie nasze zobowiązania spełniliśmy śpiewająco. Na to jednak trzeba było zapracować. Póki co z uśmiechem spoglądaliśmy na list, a nasza nieduża sala konferencyjna tętniła radością.

- Na koniec chciałbym zameldować o pewnej zmianie. – szef spojrzał na mnie znacząco – Marion kategorycznie odmówiła dalszych podróży do Warszawy samochodem. Od teraz jeździmy pociągiem. Znów byliśmy dwoma kłębkami nerwów, znów prawie się spóźniliśmy i znów zatrzymała nas policja.

- Ile skasowali tym razem? – zapytał Anton, finansista, więc i pytanie było na miejscu.

- Nic. – Max śmiał się w głos – Nasze zdolności aktorskie znowu zwyciężyły. Panowie uwierzyli, że jestem podłym Szwabem, który szykanuje polskie dziewczyny.

Po takim sukcesie omawianie spraw bieżących odłożyliśmy na nadchodzący tydzień. I całe szczęście. Obrabiając stosy zaległości musiałam złapać telefonicznie dwóch ginekologów, najbardziej kreatywne głowy w dziedzinie prokreacji w promieniu 300 km. Bogu dziękowałam za posiadanie własnego gabinetu i możliwość załatwienia sprawy bez świadków, spotkania te były bowiem na wagę złota. Kontrakt Maxa w Polsce kończył się za równe trzy miesiące. Moim największym marzeniem było opuszczenie firmy wraz z nim. I z brzuchem.

Znowu korek. Tak to już było w piątkowe popołudnie, kiedy zaraz po pracy kierowałam się na południe od Wrocławia. Właśnie tam, na małym, miłym rancho mieszkała moja przyjaciółka. Miała na imię Kati i była najmasywniejszym i najleniwszym koniem, jakiego znałam. To właśnie ona sprawiła, że rok wcześniej jakoś udało mi się przeżyć śmierc mamy. Ta otyła klacz była również powodem zazdrości wielu moich krewnych.

Nie pochodzę z bogatej rodziny. Jako dziecko mieszkałam z rodzicami w gierkowskim bloku. Ciężką pracą dochodziliśmy do swoich celów. Samochody zmieniało się na nieco lepsze, czasem w rodzinie zdarzała się przeprowadzka. Także moi rodzice się przeprowadzili, a ja przejęłam nasze mieszkanie. Trzy pokoje z kuchnią, łazienka i toaletą. Po remoncie moje lokum nabrało nowych barw i wyładniało. Echa nieprzychylnych komentarzy dało się słyszeć natychmiast. Puściłam je mimo uszu, ale pojawiły się następne. Dotyczyły mojej kariery, stanowiska kierowniczego przed trzydziestką, częstego latania po Europie, samochodu służbowego i w ogóle wszystkiego, czego niektórzy z rodziny będąc w moim wieku jeszcze nie osiągnęli. Albo nigdy nie osiągnęli. Opowiadali, że spijam tylko kawki i latam na wycieczki krajoznawcze. Cóż, na zazdrość trzeba sobie zapracować, myślałam i milczałam. A kiedy kupiłam Kati, wielu nie wytrzymało. Mówiono, że dostałam na głowę i powinnam się leczyć. Ignorowałam i to, w ślad za moją dewizą, że głupotę, której nie można pomóc, należy zignorować. Kati była dla mnie zbyt ważna. To także dzięki niej nie traciłam nadziei na powiększenie rodziny, choć wiedziałam, że w stanie błogosławionym jazda konna nie wchodzi w grę. Tylko, że najpierw trzeba się znaleźć w tym stanie błogosławionym, a z tym było gorzej. Dorwałam wprawdzie tych dwóch lekarzy, ale na spotkanie umówiłam się tylko z jednym. Cóż, pięćdziesiąt procent sukcesu, dobre i to.

Zapach stajni miał w sobie coś niezwykłego. Gdy tylko go poczułam, znikał cały zakręcony świat, a czas znacząco zwalniał. Praca, stres, lekarze odpływali w zapomnienie, a tu był tylko święty spokój. Kiedyś myślałam, że Max też pokocha jeździectwo. Niestety, jego problemy zdrowotne skazały ten pomysł na straty. Do tego, jako potężny mężczyzna stwierdził, że nawet na największym koniu będzie wyglądał jak na ratlerku, więc dałam za wygraną. Kiedyś, siedząc na końskim grzbiecie przygotowywałam w myślach misterny plan mojego życia. Teraz, gdy jego realizacja okazała się problematyczna i nadal mogłam jeździć konno, myślałam o niebieskich migdałach albo śpiewałam na cały las. Albo rozmawiałam sama ze sobą. Ostatecznie to bardzo ważne, by od czasu do czasu zamienić kilka słów z kimś szczególnie inteligentnym. Po kolejnym galopie rozśpiewałam się na całe gardło. Za zakrętem napotkałam samochód, a obok czteroosobową rodziną przygotowującą piknik.

- To pani tak śpiewała? – spytał krępy mężczyzna w okularach.

- Nie, ja nie. – odparłam zabawnie – To koń.

Wszyscy się roześmiali.

- To proszę mu powiedzieć, żeby śpiewał dalej. Ładnie pani w tym kowbojskim kapeluszu.

Często, gdy śpiewałam, spotykałam kogoś w lesie. I zawsze mówiłam, że to Kati tak się drze. De facto lubiłam wyśpiewać z siebie cały stres i wśpiewać nadzieję na powiększenie rodziny. Z tą właśnie nadzieją wróciłam do domu. 


I jak, dotarliście do końca? Jeszcze raz proszę o opinię w komentarzu poniżej.
Serdeczne dzięki :-)
Komentarze zamieszczone na Facebooku skopiowałam i zamieściłam pod artykułem. Kochani, DZIĘKI :-)

Kto ciekawy, w zeszłym roku zamieszczałam już fragment tekstu. OTO LINK.

A książka powstała tutaj:


Pozdrawiam serdecznie,

poniedziałek, 19 wrzesień 2016 09:35

Moja pierwsza książka

Każdy z nas czegoś pragnie, o czymś marzy, z czasem może do czegoś dąży. Ano właśnie! Pytanie brzmi, czy tylko marzymy, czy też przystępujemy do dzieła i realizujemy nasze marzenia. Ja zrealizowałam - napisałam moją pierwszą książkę. Co wydarzy się dalej, zobaczymy, jednak bez względu na to, dopięłam swego :-)


Niełatwa to była droga, za to długa i ciekawa. Zaczęła się już w przedszkolu, kiedy to, nie umiejąc jeszcze pisać opowiadałam grupie wymyślone przez siebie historie. Słuchali wszyscy. W podstawówce pisałam świńskie wierszyki, a w ogólniaku opowieści dla nastolatków, które potem czytała cała klasa, nawet chłopacy. Szkoda, że gdzieś mi przepadły. Potem rzeczywistość zsuwała moje książkowe plany na dalszy plan. Szkoła, praca, miłość, dzieci, zdrowie. W końcu zdecydowałam. Jeśli nie usiądę, nie napiszę, będę później zła sama na siebie. A nie chcę jako dziewięćdziesięcioletnia staruszka siedzieć w prababcinym fotelu i żałować, że czegoś nie zrobiłam. Chociaż mogłam.

I jest! Moja pierwsza książka, poniżej jako manuskrypt. A TUTAJ FRAGMENT - POCZĄTEK.


Pisałam ją kilka lat, wspierana wzlotami i poskramiana upadkami. Przeżyłam wiele radosnych momentów i jeszcze więcej chwil załamania. Wszystkim, którzy mnie wtedy wspierali serdecznie dziękuję. Nigdy Wam tego nie zapomnę.
Teraz przyszedł czas na rozesłanie manuskryptu do wydawnictw i agencji literackich. Czekam. Bez wielkich nadziei, w końcu dużo więcej ludzi książki pisze, niż je czyta. Ale kto wie, jeśli nie spróbujemy, nigdy się nie dowiemy, czy choćby mieliśmy szansę. A sukcesu to już na pewno nie osiągniemy.

Moje pierwsze literackie marzenie spełniłam - napisałam książkę. Kolejnym marzeniem jest ją wydać. Na to, niestety nie mam większego wpływu, więc trzymajcie kciuki :-) A potem, powiem szczerze, bardzo chcę, by Wam się podobała, byście z radością ją czytali.

Kochani, uciekam do kolejnej historii. Wprawdzie obiecałam sobie, że po zakończeniu pierwszego dużego tekstu zrobię krótką przerwą, ale nie mogę. Bez pisania to jak bez miłości, szaro, nudno, beznamiętnie. Więc piszę dalej.

A o czym Wy marzycie?


Pozdrawiam serdecznie,

 

Dział: Troszkę o mnie
piątek, 03 czerwiec 2016 10:28

Moja pierwsza książka - fragment

Sprawy zaszły już tak daleko, siedzę nad poprawkami mojej pierwszej książki. Długa to była droga, drugie tyle jeszcze przede mną. Teraz pora na krótki przystanek, pierwszy fragment w necie. Kto przeczyta i powie, jak wrażenia? Będę wdzięczna. Choć przyznam, że tremę mam.

Kochani, bez wielkich wstępów od razu przechodzę do tekstu. Proszę Was tylko o Waszą opinię w komentarzu pod tekstem :-)

***


ROZDZIAŁ IV. W kręgu zmian 
     

            Cisza. I kompletna pustka. Siedziałam przed Maxem patrząc na coś, co nie istniało.
- Jak to szef przenosi cię do Monachium? – bąknęłam wreszcie.
- Tak to. – odparł Max – Nasze spotkanie potrwało pięć minut. Napomknął coś o zmianach celów i oświadczył, że od maja pracuję w Monachium. To ostateczna decyzja.
- Jakim cudem tak nagle, bez żadnego ostrzeżenia? – pytałam.
- Marion, sam nie wiem.
             Znów cisza. Wzbierała we mnie plątania uczuć. Już sama informacja o trojaczkach wprowadziła w nasze życie spore zamieszanie. Poukładaliśmy je najlepiej, jak umieliśmy i pragnęliśmy tylko świętego spokoju. A tu taki galimatias! Miałam ochotę wysłać zażalenie do Pana Boga. Tak się nie robi! Przecież tak wiele nas już spotkało. Nie przemawiały do mnie fundamentalne, życiowe prawdy, że opatrzność nie zsyła na nas nic, z czym byśmy sobie nie poradzili. Teraz mi się przelało. Dzieci jakby to zrozumiały i zajęły się sobą. Choć regularnie nie pozwalały o sobie zapomnieć, wtedy były nadzwyczaj spokojne. Jakby czuły, że spotkało nas coś skomplikowanego i trzeba to uszanować. Wieczorem zasnęły jak na komendę, więc w spokoju mogliśmy zasiąść do życiowej debaty, na którą wcale nie mieliśmy ochoty. Max bardzo mnie zaskoczył. Przygotował kolację i to nie taką, jak zawsze, byle fast food, byle było, tylko azjatycką kompozycję, a do tego czerwone wino.
- Na przekór wszystkiemu nie będziemy dziś jeść pulpetów ze słoika. Już nie karmisz, więc wina też się napijemy. Ile tylko będziesz chciała.
- Mhm, to jutro ty zostajesz z dziećmi, a ja leczę kaca. – zmusiłam się do uśmiechu.
            Potem również do jedzenia. I do myślenia, jak uniknąć przeprowadzki.
- Marion, myślę, że możemy sobie podarować krasomówcze wstępy. - rozpoczął – Krótko mówiąc jestem totalnie zaskoczony. I wściekły, bo wiesz, że nie przepadam ani za Bawarią, ani za Monachium, a na myśl o pracy w centrali Credo i Partnerzy dostaję gęsiej skórki.
- Max, nie da się z tego jakoś wywinąć? – spytałam z nadzieją w głosie.
- Nie. Szefo przedstawił swoją decyzję dobitnie, w dodatku przy świadkach. Jeszcze się nie zdarzyło, by zmienił zdanie. Jedyne wyjście to nowa praca. 
            Siedzieliśmy w milczeniu i grzebaliśmy widelcami w talerzach. Może i ja powinnam poszukać jakiejś posady? Problemem był mój niemiecki zadowalający, tylko na poziomie pieluch i rozmów z pediatrą. Pomyślałam o moich książkowych planach, tu potrzebowałam jednak czasu i spokoju, czyli tego, czego w ogóle  nie miałam w ogóle. Po prostu beznadzieja.
          

            Zaskakujące, jak jedna decyzja potrafi zmienić ludzkie życie. Do diabła wysłaliśmy nasze kłótnie, jakbyśmy chcieli pokazać światu, że nie damy się ponieść emocjom. Nawet takim. Gdy dziewczynki płakały Max, jeśli był w domu mówił:
- Posiedź sobie, ja pójdę do dziewczynek.
            I robił to. Albo szukał nowego zajęcia, a ja rozmyślałam o przyszłości. I o dzieciach. Czy zmiana miejsca zamieszkania ma dla nich jakieś znaczenie? Że ją zauważą, to jasne, ale czy będą się martwić? Myślę, że nie, więc chociaż tyle dobrego. Pocieszałam się, jak mogłam, przepędzając targające mną uczucia, a te i tak zawsze wracały. Jak do tego doszło? Nigdy nie chciałam opuścić Wrocławia, a teraz wyląduję w jednym z najdalszych zakątków Niemiec! Kiedyś, pogrążona w myślach nagle zauważyłam, że brakuje jednego malucha. Serce podskoczyło mi do gardła, a przed oczyma stanęły wszechobecne doniesienia o wypadkach niemowlaków. Choć dom był zabezpieczony, ogarnęła mnie panika. Gdzie jest moje dziecko?! Kamień spadł mi z serca, gdy znalazłam Nadin za fotelem, zafascynowaną narożnikiem dywanu.
- Ach, maleństwo, napędziłaś mi stracha. – powiedziałam z uczuciem.
            Przytuliłam moją córeczkę jak największy skarb świata. Niestety krótko, Nadin nie miała ochoty na rozstanie z dywanem, co zakomunikowała głośnym płaczem. Ucichł, gdy do małych rączek znów trafiła nowoodkryta zabawka. Na szczęście Nicol i Neli chętnie pobawiły się z mamą, a ja w pompce miałam nieposprzątaną łazienkę i ciuchy do prasowania. Nie uciekną.

            Dni mijały, a my nie mieliśmy w ręce żadnego rozwiązania. Max dostał wprawdzie kilka propozycji, ale proponowane zarobki były nieporównywalnie niższe. Nasza rodzina nie wyżyłaby z nich nawet, gdybyśmy zamieszkali w starym, honeckerowskim bloku. I stało się, na wokandę zaczęły wchodzić niechciane tematy. O nadchodzących zmianach musieliśmy poinformować rodzinę. Reakcja nas nie zaskoczyła. Młodsze pokolenie przyjęło nowości ze zdziwieniem, jednak dość spokojnie. W końcu tak się dzisiaj żyje. Idziesz tam, gdzie jest praca albo idziesz na bruk. Za to starszyzna dostała szału.
- Do czego to podobne!? – krzyczeli, teściowie po niemiecku, a babunia po polsku. – Tak się nie robi! Co temu szefowi przyszło do głowy!? 
             Nie komentowaliśmy. To by i tak niczego nie zmieniło. Krzyki ucichły, gdy do wszystkich dotarło, że Max wkrótce pojedzie do Monachium, a ja zostanę z dziećmi sama.
- Dziewczyno, na litość boską,  - wzdychała babunia załamana. – Jak ty sobie poradzisz?
- Będziemy przyjeżdżać. – oświadczyła rzeczowo Karen. – Posiedzimy z dziećmi, a ty sobie pośpisz.
- Ładne kwiatki. – wzdychała Emma – Przygotuj się na wzmożone odwiedziny. Potem to już nie będzie taki tam rzut beretem.
            Ano nie, myślałam ze smutkiem, ale i z wdzięcznością za wsparcie, które nam oferowali.

            - Skontaktowałem się z kilkoma kolegami w centrali. - oznajmił któregoś dnia Max – W kwestii jakieś lokum, w końcu gdzieś muszę mieszkać i to już za niecałe trzy tygodnie.
- I co, masz jakieś propozycje? – spytałam bez entuzjazmu.
- Biorę małą kawalerkę blisko firmy. I tak będę tam tylko spał, więc luksusów nie potrzebuję.
- Ale szybko ci to poszło. – stwierdziłam zaskoczona.
- Wielkie poszukiwania to bezsens, szkoda mi było czasu na takie pierdoły.
            Max, choć z pozoru spokojny, wewnątrz siebie był po prostu wściekły. Życie zakręciło nim, jak chciało, na pocieszenie ofiarując bezsilność. Podziwiałam jego opanowanie, bo ja, gdy nikt nie widział po prostu płakałam. Nieuchronnie czekała nas przeprowadzka, a ta zawsze oznacza życiową rewolucję. De facto jedną z trzech, jakie na nas czekały. Pierwsza to mama sama z trojaczkami, a druga, co z mieszkaniem we Wrocławiu. Wszystkie były mi nieznane. A że w większości boimy się nieznanego, bałam się i ja.
            Któregoś dnia opowiedziałam Brzdącom o przyszłości.
- Córeńki, niedługo nasze życie trochę się zmieni. Czeka nas przeprowadzka, co znaczy, że zamieszkamy w innym domu. I w innym landzie. Już nie w Brandenburgu, tylko w Bawarii.
            Dzieci słuchały, a ja byłam pewna, że mnie rozumieją. Opowiadałam dalej.
- To będzie trudny okres. Nadal chcę poświęcić wam jak najwięcej czasu, niestety, nie obiecuję, że mi to wyjdzie. A jak się czasami rozpłaczę, to mnie pocieszcie.

             Przyszedł maj, a z nim urlop Maxa, dużo spokojniejszy, niż poprzedni, choć i sprzeczki nam towarzyszyły.
- Dlaczego parzysz kawę tak, skoro ja robię to inaczej? - wkurzał się Max.
- Bo tak mi pasuje.
Albo:
- Gdzie jest wyciskacz do cytryn? – pytałam.
- Na swoim miejscu. – rzucał sucho Max.
- Właśnie jestem na tym miejscu i go nie ma. Więc gdzie, do cholery jest?
             Oczywiście zawsze byłam pewna, że to Max przełożył to, o co pytam. A jak miałam wenę, uważałam, że celowo, by zrobić mi na złość. Ale i on często pytał:
- Gdzie schowałaś mój portfel?
Choć wieki nie miałam go w ręce, oczywiście to ja zawiniłam.
- Nie schowałam, ale na ile znam życie, leży w sypialni.
- W sypialni na pewno nie! Co to w ogóle za pomysł?
Max przewracał dom do góry nogami i za kwadrans wracał z portfelem w ręce.
- A, znalazłeś. I gdzie był?
- W sypialni...
Hmmm, bez komentarza... Choć na usta cisnęło mi się: „A nie mówiłam.”

             Nasze trojaczki rosły wtedy jak na drożdżach. Nie lubiły dań gotowych, więc im gotowałam. W miarę możliwości starałam się kupować wszystko bio, choć ceny przechodziły moje najśmielsze oczekiwania. Tak czy siak, moje życie było teraz ciekawsze, mogłam trochę poeksperymentować w kuchni A tak przy okazji:
Z pamiętnika matki trojga dzieci, z których jedno jest maleńkie, drugie malutkie, a trzecie tyciutkie:
Twoje najlepsze frykasy to te, które zostały na talerzu po dziecku.
I to nieprawda, że resztki nie tuczą :-(

             Max i ja jesteśmy realistami, nie bujamy w obłokach, ale wciąż po cichu wierzyliśmy w cud, który zatrzyma nas w Rangsdorf. I znów tak bardzo pragnęłam, żeby zatrzymał się czas. A tu ani jednego ani drugiego. Cudu nie było, a czas pomknął dalej. Jedyną osłodą była piękna majowa pogoda. Chodziliśmy więc na spacery i planowaliśmy nowe życie. Do tego dochodził jeszcze jeden problem. Nie miałam samochodu. To niewiarygodne, jak szybko w takich warunkach podejmuje się decyzje warte niemałe pieniądze. Auto musiało być bezpieczne i na tyle duże, by pomieściło trojaczkowy wózek., co szybko zawęziły listę do małych busów. Wybór padł na Mercedesa Vito. Choć to „aż Mercedes”, dealer przysłał nam najkorzystniejszą propozycję, obdarowując dodatkowo fotelikami samochodowymi. Nawet przy trojaczkach mogliśmy spełnić zawarte w niej wymagania finansowe. Tylko czekać musieliśmy ponad miesiąc, ale na ten czas dostałam auto zastępcze.
            Jednak wybór auta to dziecinna zabawa w porównaniu z wyprawą Maxa do Monachium. W przeddzień wyjazdu dzieci wciąż płakały, a nam wszystko leciało z rąk. I nie wytrzymałam.
- Max, wybacz! – prawie krzyknęłam – Nie mogę na to patrzeć. W dodatku ten ciągły płacz. Idę na spacer, a ty dalej pakuj. Potem się zamienimy.
- Dobrze, idź. – odpowiedział i gdzieś poszedł.
Do dziś nie wiem, czy sprawiłam mu wtedy przykrość, czy nie.
 

            Ciąg dalszy nastąpi, co było przedtem, też. Chcielibyście wiedzieć? Wszystkim czytelnikom będę bardzo wdzięczna za umieszczenie w komentarzu poniżej opinii o tekście. Wszystkie opinie przekazane na Facebooku osobiście zamieszczam pod tekstem. Wtedy wszystkie będą w jednym miejscu.

A tutaj LINK do kolejnego fragmentu. 


Pozdrawiam,

Nasze pasje - TOP 5

Najnowsze artykuły

  • Niespodzianka z marketu

    Niespodzianka z marketu

    Każda mama cieszy się na prezenty - kosmetyki otrzymane od dzieci, ale ... często ich nie używa....

  • Uwaga na takie przypadki

    Uwaga na takie przypadki

    Robimy coś ostrym narzędziem, ostrożnie, tak, jak zawsze. Nagle CIACH! Zacięliśmy się. Trudno....

  • Lakier bez odprysków

    Lakier bez odprysków

    Dziewczyny, znacie to? Siedzimy, robimy sobie piękny manicure, lakierujemy paznokcie ulubionym kolorem,...

Polecamy


Previous
Next