niedziela, 22 styczeń 2017 13:13

Mamo, jak wygląda 2+2?

Cyfry, pisane jako symbol, wypowiadane jako słowo. My, dorośli wiemy, co oznaczają, potrafimy abstrakcyjnie dodać, czy podzielić, przecież to oczywiste. A siedmiolatek, ośmiolatek? Niestety, nie zawsze. Często potrzeba czasu i odrobiny wysiłku, by wyobraźnia zadziałała, cyfry przełożyły się na faktyczne ilości i dziecko pojęło, o co chodzi.

Rok szkolny swoje już trwa, drugie półrocze rozpoczęte, a nasze dziecko wciąż nie rozpoznaje, że osiem to więcej, niż sześć, a dwa plus trzy to nie cztery, tylko pięć. Ćwiczymy, liczymy, wściekamy się, a dzieciak płacze. Z bezsilności, bo jak ma, do piernika, zrozumieć coś, czego nie może sobie wyobrazić? Pokażmy naszej latorośli, jak te działania wyglądają w realu. U nas najlepiej zadziałał samodzielnie wykonany zestaw, tasiemki same plotłyśmy, a koraliki przez lata automatycznie się uzbierały.
Sami zobaczcie, jak obrazowo można je stosować.

Nasz samodzielnie wymyślony i samodzielnie przygotowany zestaw. Sznureczki do tworzenia zbiorów Trojaczki same zaplotły. Później bardzo chętnie bawiły się w liczenie.


Teraz pozostaje nam zobrazować, jak wyglądają liczby. Przecież od razu widać, ze dwa plus dwa to cztery. I to w każdym przypadku. A ile to cztery plus cztery? Teraz łatwo policzyć i sobie wyobrazić. A jeszcze plus cztery? Łatwizna!


Nasz zestaw daje wiele możliwości. Liczymy sznureczki, koraliki, porównujemy ilości i tworzymy przez to wyobraźnię cyfr.


Odkąd ten samodzielnie wykonany zestaw zagościł w naszym domu, skończyły się kłopoty z liczeniem. Dla porównania, pokazania innej metody i rozszerzenia horyzontów ćwiczyłyśmy też z liczydłem. Tu możliwości są nieco ograniczone, co wcale nie jest wadą, wręcz przeciwnie. 

Zobaczcie. Dwie równe części i dwie równe części.


A tu cztery równe części i wariacje ilościowe tworzone według uznania. Te też nam pomogły.


A efekty? Te dało się szybko zauważyć. Ile to 3 + 4?
No pewnie, że 7!

Pozdrawiam serdecznie,

Dział: Szkolne sprawy
sobota, 10 styczeń 2015 08:00

Nie ma rzeczy niemożliwych

Nie ma sytuacji bez wyjścia, czy problemów nie do rozwiązania. Wystarczy chcieć. Czasami w pojedynkę, często w duecie, bywa też, że w większej grupie. Tak, czy siak, jeśli naprawdę chcemy, możemy wszystko. I jest to Święta Prawda.

Powiem szczerze, nie lubię, gdy ktoś mówi, że czegoś się nie da, że nie potrafi, że taki już się urodził i nic na to nie poradzi i w ogóle większość to problem. Potem często bywa tak, że w prostych sytuacjach ludzie nie potrafią sobie poradzić. A wystarczy kogoś zapytać, chwilę pomyśleć, spojrzeć na sprawę z innej strony, poprosić o pomoc. I wtedy już się da.

DODATKOWO POWIEM WAM, NIE BÓJMY SIĘ NA POZÓR POKRĘCONYCH POMYSŁÓW.

RÓWNIEŻ ONE MOGĄ OKAZAŚ SIĘ ŚWIETNYM ROZWIĄZANIEM.

Niedawno wspólnie śledziliśmy losy fana zaśnieżonych świąt w opowiadaniu "Pierwsze święta w górach". Był to pamiętnik, kolejne wpisy publikowałam codziennie, do prawie każdego dodając zdjęcia, które sama zrobiłam. Problem pojawił się przy ... ostatnim wpisie. Potrzebowałam bowiem fotografię pokręconego faceta. Można by kupić, ale po pierwsze nie znalazłam odpowiedniej, a po drugie drogo jak cholera. Sfotografowanie mojego Bossa odpada, on tego po prostu nienawidzi, a publikacja jego podobizny w necie to już absolutne "no go". W sąsiedztwie też nie ma nikogo na tyle pokręconego, by wszedł w mój projekt, więc jako MultiLady ... wpadłam na pomysł, by sama ucharakteryzować się na faceta. Co równie ciekawe, choć mojego Bossa aparat fotograficzny parzy w ręce, to właśnie on pstrykał zdjęcia. Zobaczcie, można :-)

To zdjęcie wybrałam do finałowego odcinka historii "Pierwsze święta w górach".


A tu jeszcze jedna wersja.


Plus przeobrażenie w zezowatego łosia, w końcu MultiLady ;-)


I co, można było? Pewnie, że tak i to nie tylko w tym przypadku. O kolejnym już wkrótce, jak dam radę, może nawet jutro :-)

Udanej soboty Wam życzę i serdecznie pozdrawiam,

poniedziałek, 09 czerwiec 2014 14:35

Co nas dobija na co dzień

Naukowcy wprost prześcigają się w badaniach nad powodami rozpadu małżeństw. Jakie problemy codzienności dobijają nas najbardziej, to pytanie, które stawiają sobie i pary. Jakiś czas temu znalazłam jedną z odpowiedzi.

Znalazłam ją na Bloxie, gdzie do moich ulubionych blogerek należy Madzik, prowadząca bloga Mój świat w domowym zaciszu - obecnie w zawieszeniu, a szkoda. W jednym z postów Madzik pisała o nudzie. To właśnie ona, NUDA dobija wiele par. Któż by przypuszczał. Ja skłaniałabym się raczej do finansów, zmęczenia, problemów z dziećmi, a tu czytam: NUDA! Zastanowiłam się nad tematem.

 

Jeszcze jakiś czas temu mój Boss i ja, jak niemal każda normalna para, przechodziliśmy kryzys małżeński. Poza relacjami o naszych Trojaczkach niewiele mieliśmy sobie do powiedzenia. Wiele par dobrze to zna, nic jednak nie mówi w myśl dewizy:

Nasze brudy pierzemy za zamkniętymi drzwiami.

Albo:

Nie opowiadaj nikomu, co się dzieje w domu.

Prawda, często lepiej zachować nasze domowe sprawy dla siebie. Uważam jednak, że nie w tym przypadku. Dość otwarcie opowiadałam wtedy o swoich problemach. Nie wszystkim, rzecz jasna, tylko wybranym osobom. Pomogli i teraz żyjemy sobie szczęśliwie, w ogóle nie wiedząc, co to nuda. A ta faktycznie towarzyszyła nam przez długi czas. 

Czy istnieje recepta na sukces, jak nudy uniknąć? Uniwersalna nie. Tutaj każda para, a często każda kobieta sama znajduje rozwiązanie. Myślę, że warto wykorzystywać uśmiech, dowcipy, takie opowiadane od lat i takie spontaniczne, sytuacyjne oraz sprawiać sobie drobne prezenty. O, na przykład mój Boss uwielbia zimny kefir w upał. Aż go nosi z radości, gdy przy trzydziestu stopniach w cieniu postawię przed nim schłodzony kubek kefiru z koperkiem. 

A co do spontanicznych dowcipów, proszę bardzo.

Przy kolacji.
- Dlaczego znów muszę pić sok warzywny, przecież wczoraj już piłem? - pyta mój Boss zniesmaczony.
- No właśnie i zobacz, jak wyładniałeś!

Konsternacja i ... śmiech, również wśród dzieci. Po prostu cudnie :-)
Na marginesie, sok warzywny trafił do naszego domu na wyraźne życzenie mojego Bossa.

Wiem, że mój Boss i ja jesteśmy parą, która o nudzie szczęśliwie zapomniała. Byliśmy niedawno na większym spotkaniu. Wiele małżeństw siedziało naprzeciwko siebie bez słowa, bez spojrzenia, uśmiechu. Wszystko już omówili w samochodzie, więc o czym tu opowiadać. Po jakimś kwadransie zerkali w naszą stronę z wypisanym na twarzy pytaniem:

O czym oni gadają?

Oboje byliśmy baaardzo zadowoleni, że jednak się nie daliśmy, jesteśmy razem, szczęśliwi, mimo wielu sztormów. Powiem Wam zupełnie szczerze, że wcale niełatwo było wyjść z kłopotów i nie dać się, również nudzie. A jednak, doszliśmy do tego. Warto było.

Wszystkim Wam życzę tego samego.

Wiele serdecznych pozdrowień,

poniedziałek, 31 marzec 2014 02:10

Krzyki i szepty

Cholera jasna, jak mnie dziś wszystko wkurza! Mam ochotę wszystkich pozabijać, wybuchnąć. Albo usiąść i płakać. Dlaczego? No bo tak. Zresztą, diabli wiedzą. Niezadowolenie, napady złości, dni pełne smutku. Masz tak czasami? Ja owszem. Pytanie brzmi, co wtedy?

Tym dość realistycznym wstępem rozpoczynamy cykl „Krzyki i szepty” poświęcony naszym kobiecym złościom i smutkom. Nie znam kobiety w pełni opanowanej, takiej, której nic nie wyprowadzi z równowagi. Albo przez dwa dni nie chodzi smutna, choć, obiektywnie rzecz biorąc, nie ma po temu żadnego powodu. Wy też jej nie znacie, bo … takiej nie ma.

 
Za to nerwowe, zestresowane, wybuchowe spotykamy każdego dnia. Przyznam, że sama do nich należę. Czasami. Po kilku szczerych rozmowach ze znajomymi wiem, że gdy emocje już opadną, każda z nas żałuje tego, co się stało, mając przed oczyma swój portret kobiety pogodnej, spokojnej i opanowanej. Albo, gdy smutki odejdą w zapomnienie, zastanawiamy się, po co straciłyśmy tyle czasu?
Czy można coś z tym zrobić? Można, choć sprawa często wymaga czasu, naszego drobnego zaangażowania i dobrej woli. O doświadczeniach, swoich oraz kobiet, które szczerze opowiedziały mi o swoich przeżyciach opowiemy sobie w odcinkach. Dziś pierwsza historia cyklu „Krzyki i szepty”. Co można zrobić? 

- Przeczekać. – doradził sąsiad, gdy Marta, wściekła do granic wypaliła bez pardonu, że nie może opanować wybuchów złości.
     Przeczekać? Może to i metoda, ale nie dla mnie, pomyślała. Wszyscy wokół muszą znosić moje humory i co? Mają przeczekiwać ze mną? Ba, co najważniejsze, ja wcale nie chcę taka być. Dlaczego więc, pytam, wciąż nachodzą mnie te przeklęte napady złości? Nie, czekać nie będę. To dobre dla leniuchów albo ludzi bez charakteru. Marta zamknęła za sobą drzwi sypialni i usiadła na łóżku, bezradna i … wściekła.
- Boże, pomóż mi ... - jęczała sama do siebie - Przecież z natury jestem pogodna, spokojna, uśmiechnięta. Na co się tak wkurzam? I dlaczego? Przecież zawsze słynęłam z łatwości rozwiązywania wszelkich problemów i radzenia sobie w sytuacjach stresowych. A teraz? W dodatku, zamiast prasować siedzę tu jak kura na grzędzie i tracę czas.
     Drzwi sypialni uchyliły się i stanęła w nich Dori, młodsza córka Marty.
- Mamuś, Portos znów zahaftował dywan w pokoju dziennym. A Ela, choć to jej pies, powiedziała, że ona tego sprzątać nie będzie.
- Jak to nie będzie?
     Marta pełna przemyśleń na temat swych nerwowych reakcji spokojnie wstała i podeszła do córki.
- Tak to. Nie chce i już.
- Do piernika, ty już sprzątałaś, ja sprzątałam, choć wcale nie musiałyśmy.
     Marta chwyciła dziecko za rękę i obie poszły do pokoju dziennego. Nie zamierzała wszczynać wojny, robić scen, wrzeszczeć, nie, nic z tych rzeczy. Chciała w spokoju porozmawiać z córką i wyjaśnić sprawę.
- Ela, co jest z Portosem? – spytała spokojnie.
- Nie wiem, znów się porzygał.
- Co to w ogóle za pełna ignorancji odpowiedź? Przecież to twój pies, więc wykaż proszę trochę zainteresowania, gdy coś mu dolega. I posprzątaj dywan.
- Znowu ja. Zawsze tylko ja. – jęczała Ela.
- Ooo, chwileczkę. – Marta uniosła w górę wyprostowany, długi palec – Kto chciał psa?
     Nadal była spokojna, ale wolała nie obiecywać, że tak właśnie pozostanie.
- No tak, jeszcze ten twój palec. – Ela dobrowolnie kładła głowę pod nóż.
- Ej, kochana! – warknęła matka – Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele! To twój pies, ty ściągnęłaś go do domu obiecując, że nie obciąży nikogo z nas!!!
     Choć wcale nie chciała, Marta czuła, jak sama się nakręca. A może to coś ją nakręcało? Coś w środku, jakiś potwór, duch, sam diabeł?
- Dość mam twojego nastawienia! Zapewniam cię, że to się zmieni i to od zaraz! Proszę natychmiast posprzątać pokój, a następnie przygotować samochód, byśmy pojechały z Portosem do weterynarza! Natychmiast!!! Rozumiesz? Natychmiast!!! Koszty pokryjesz oczywiście ty!!! Z kieszonkowego!!! To twój pies!!!
     Marta coś tam jeszcze wykrzykiwała i nawet nie zauważyła, że Dori płacze. Oprzytomniała dopiero, gdy Portos zaczął skomleć. Ela sprzątała, Dori płakała, a pies skomlał i to wcale nie z bólu, tylko z hałasu. Dopiero teraz dotarło do niej, jakiego piwa naważyła, dziś już drugi raz.
- Dori, dlaczego płaczesz? – spytała z troską w głosie – Przecież ty nic nie zrobiłaś.
     Sześcioletnia dziewczynka stała bez słowa, patrzyła na matkę i płakał, płakała, płakała.
- Dori, czy znów za głośno krzyczałam? – spytała.
- Tak, za głośno. Boję się, gdy tak krzyczysz. Portos też się boi, dlatego piszczy.
     Teraz popłakała się i Ela. Usiadła koło swojego chorego psa i płakała, płakała, płakała. Niewiele brakowało, a i Marcie popłynęłyby łzy. Opanowała się jednak, przeklinając w duchu samą siebie. Zobacz, co narobiłaś, głupia babo, wyzywała w duchu, gdyby nie twoje napady złości dawno siedziałybyśmy w samochodzie i jechały do weterynarza, a tak musisz najpierw opanować sytuację, uspokoić dzieci i kto wie, czy nie … posprzątać. W dodatku Portos za chwilę  znów się zrzyga. Na sto procent.
     A pewnie, zwymiotował, jeszcze dwukrotnie, w domu i w samochodzie. Ela wszystko posprzątała, ale bardziej ze strachu, niż z poczucia obowiązku, Dori siedziała bez słowa, a Marta? Teraz po prostu była smutna.
- Najprawdopodobniej to grypa żołądka. – oświadczył weterynarz, gdy zbadał psa – Dam paniom lekarstwa. U mnie kosztują tyle samo, co w aptece, więc ominie was zbędna wyprawa.
- Wspaniale. Bardzo panu dziękuję. Na dziś zdecydowanie wystarczy mi już stresu.
- O, to trzeba więcej spać. Zmęczenie i stres to bracia bliźniacy, co gorsza, nierozłączni. Godzinę wcześniej do łóżka i jeden punkt mniej w terminarzu, a za miesiąc się pani nie pozna. Polecam.
     Marta spojrzała na niego spode łba. Co on w ogóle może wiedzieć, pomyślała. Niech pomieszka z nami jakiś czas, to sam zobaczy, ile mam roboty i jak mało czasu.
     Jednak wieczorem, gdy nawet główne wydanie wiadomości nie było w stanie jej zainteresować, a jedynym, o czym myślała było łóżko, Marta wróciła myślami do rady weterynarza. Pewnie tak sobie tylko powiedział, a mimo to miał rację. Właściwie, dlaczego sama nie zainteresowała się tą sprawą, nie poszukała, co zrobić, by sobie pomóc, a nie tylko zmuszać się do spokoju. Tak, poszuka, na pewno. Ale nie teraz. Teraz po prostu pójdzie spać.

Cdn.

UWAGA

Nasza historia nie jest prawdziwa, a wszelkie podobieństwa są przypadkowe.

Kochane, Kochani

Nie jestem lekarzem, psychologiem ani księdzem, więc nie będę tu wypisywać mundrości na temat ważności snu dla istoty ludzkiej i niebezpieczeństw związanych z ciągłym zmęczeniem. Każdy o tym wie i … często zapomina, bo wszystko inne jest ważniejsze. Wiecie co, na pewno wiele, ale czy ważniejsze od naszych kontaktów z najbliższymi, od miłości i zaufania naszych dzieci oraz od stanu naszych nerwów? Dla mnie nie. I wcale nie chodzi tu o leżenie brzuchem do góry i wykręcanie się stresem. Tylko o zdjęcie z siebie odpowiedzialności za wszystko wokół. Jeśli dziś nie wyprasuję, to nie, zrobię to jutro. Dziś przepracowałam osiem godzin, posprzątałam, mieszkanie i ugotowałam porządny obiad. Czy miałam czas dla dzieci? Czy znajdę go dla męża? Prasowanie, czy rodzina?

Wiecie, kto zwrócił mi na to uwagę? Mój Boss.

Jakiś czas temu rozmawiałam przez telefon ze znajomą. Była godzina dwudziesta druga. Moja rozmówczymi oświadczyła, że tamtego wieczora musi jeszcze upiec tort, posprzątać mieszkanie i pofarbować włosy, bo jutro ma gości. Kiedyś, choć prawie w nocy pewnie też bym piekła, ale na pewno nie tort, tylko cudowny multi placek. Dziś piekę go nieco wcześniej, a jak mi się rozjedzie plan dnia (względnie kilku dni) kupuję jakiś gotowy wypiek. A jeśli już nie ciasto, to i dobre lody mogą być.

Pozdrawiam względnie bezstresowo ;-)

poniedziałek, 02 czerwiec 2014 21:19

Porządek w domu? Czasami to niezły problem.

Dziś piszemy o małym problemiku skutecznie zakłócającym obraz domowej harmonii, również mojej. Problem ten zwiemy porządek i mówi się, że ma go większość ludzi. To dobrze, przynajmniej wiem, że nie sfiksowałam.

Wiecie, czego nie lubię, a nie mogę u siebie zwalczyć. Miejsc na tzw. konieczny bałagan. Listy, które właśnie przyszły, zaproszenia, które zaraz wpiszę do kalendarza, drobiazgi, które właśnie gdzieś znalazłam, nie chcę wyrzucić, a jeszcze nie wiem, co z nimi zrobić, inne pierdołki, które od tygodnia oddaję sąsiadom i przez zapomnienie jeszcze nie oddałam. Okropieństwo. Mój Boss ma tak samo, na szczęście, bo inaczej ciągle byłyby o to wojny i na nieszczęście, bo nikt nikogo nie motywuje do porządku. Jak na razie wpadłam na dwa rozwiązania problemu. Pierwsze zwie się dyscyplina i czasami nawet zdaje egzamin, ale do czasu. Bałagan zawsze ze mną wygra i jakimś dziwnym trafem wkradnie się w te właśnie miejsca. Drugie to ładny kartonik, najlepiej pasujący do otoczenia, który ukryje cały ten galimatias.

W krytycznym punkcie naszego domu nawet jeden stał, sęk w tym, że szybko napełnił się po brzegi. A mój Boss?
- Słuchaj, czy w tym kartoniku w korytarzu, no wiesz, tym, co stał koło telefonu było coś ważnego? - spytał z głupia franc któregoś weekendu.
- Co masz na myśli mówiąc BYŁO? – spytałam przeczuwając rozwój wypadków.
- Wkurzał mnie i go wyrzuciłem.
- Jak to wyrzuciłeś? Tak po prostu?!!!
Spokojnie, myślałam, spokojnie, nie wrzeszcz.
- No tak, bo mnie wkurzał. A skoro nie zaglądaliśmy do niego od dwóch tygodni to widać nie było w nim nic potrzebnego.
- Widać nie, ale mogłeś zapytać. – irytowałam się.
- Co zapytać, o tą górę śmieci? Teraz i tak już za późno, wczoraj była śmieciarka.

           No i fajnie, przynajmniej idea kartonika na bałagan poszła do lamusa. Ale jeśli nie kartonik i dyscyplina również nie, to co? Żeby nie było wątpliwości powiem otwarcie, problem miejsca na konieczny bałagan w naszym domu nadal pozostaje nierozwiązany.

Pozdrawiam milutko,

Dział: Nasze salony

Portret kobiety - TOP 5

  • Noworoczne postanowienia inaczej

    Noworoczne postanowienia inaczej

    Dziś pierwszy dzień Nowego Roku 2017, początek nowej ery, zmian, świeżego wiatru w żaglach. To już...

  • Totalna załamka

    Totalna załamka

    Znacie to uczucie bezsilności, totalnego zrezygnowania? Kiedy ręce nam opadają, w dodatku ochnasty...

  • Moja pierwsza książka

    Moja pierwsza książka

    Każdy z nas czegoś pragnie, o czymś marzy, z czasem może do czegoś dąży. Ano właśnie! Pytanie...

  • Przerwa w czasie

    Przerwa w czasie

    Każda kobieta ma tyle planów, postanowień, zadań do wykonania, z optymizmem patrzy w przyszłość...

  • Jaka piękna para

    Jaka piękna para

    Zakochane? Napotkane przypadkiem? A może nowa moda? Nie ma to jak niespodzianki przygotowane nam przez...

Najnowsze artykuły

  • Niespodzianka z marketu

    Niespodzianka z marketu

    Każda mama cieszy się na prezenty - kosmetyki otrzymane od dzieci, ale ... często ich nie używa....

  • Uwaga na takie przypadki

    Uwaga na takie przypadki

    Robimy coś ostrym narzędziem, ostrożnie, tak, jak zawsze. Nagle CIACH! Zacięliśmy się. Trudno....

  • Lakier bez odprysków

    Lakier bez odprysków

    Dziewczyny, znacie to? Siedzimy, robimy sobie piękny manicure, lakierujemy paznokcie ulubionym kolorem,...

Polecamy


Previous
Next